Jak mówić o świecie i ludziach w różnych częściach świata?

Poruszanie w szkole tematyki globalnej to duża odpowiedzialność nauczyciela i nauczycielki. W Polsce, tak jak w innych krajach, istnieje wiele stereotypów dotyczących krajów Południa. Zajmując się edukacją globalną, powinniśmy te stereotypy przełamywać, pokazując kontekst, w jakim powstały oraz przyczyny i konsekwencje ich stosowania. U podstaw edukacji globalnej leżą takie wartości jak: godność człowieka, równość, sprawiedliwość i różnorodność. Te same idee przyświecją Celom Zrównoważonego Rozwoju. Bez poszanowania innych, zmniejszania nierówności miedzy ludźmi nie uda się osiągnąć żadnego z Celów. Kodeks informowania o krajach Południa ma pomóc edukatorom i edukatorkom zajmującym się uczeniem o świecie i procesach globalnych w realizowaniu tych wartości w pracy z młodzieżą.

Kodeks odwołuje się do wartości i postaw zawartych w koncepcji edukacji globalnej.
Szacunek wyraża się przede wszystkim w zapewnieniu prawa do prywatności i zachowania godności osób portretowanych. Nie chodzi o to, by unikać trudnych tematów. Ważne jest, żeby mówić o nich rzetelnie.

Odmienność obyczajową czy językową powinno się przedstawiać jako równą rzeczywistości, w której się wychowaliśmy, nawet jeśli jest ona wyraźnie inna.

Solidarność wyraża się w podkreślaniu tego, co nas łączy z innymi ludźmi, w szukaniu podobieństw i możliwości współpracy, a nie w koncentrowaniu się na różnicach.

Sprawiedliwość rozpatrywana jest w Kodeksie w wymiarze globalnym – jako dbałość o zagwarantowanie praw przysługujących jednostkom i społeczeństwom na całym świecie.

Jakimi zasadami się kierować?

  • Dokonuj   wyboru   obrazów   i   wiadomości z zachowaniem wartości poszanowania równości, solidarności i sprawiedliwości.
  • Wykorzystuj obrazy, wiadomości i badania jednostkowych przypadków z pełnym zrozumieniem, uczestnictwem i za zgodą zainteresowanych (lub ich rodziców lub opiekunów).
  • Zagwarantuj, by osoby, których sytuację przedstawiasz, miały możliwość opowiedzenia swojej historii osobiście.
  • Ustal i zanotuj, czy osoby te zgadzają się na ujawnienie personaliów i twarzy, i zawsze postępuj zgodnie z ich życzeniem.

Strona powstała w ramach projektu „Ścieżki do Celów” współfinansowanego w ramach polskiej współpracy rozwojowej Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP.

Materiał jest dostępny na licencji Creative Commons Uznanie Autorstwa 4.0 Międzynarodowe. Pewne prawa zastrzeżone na rzecz Centrum Edukacji Obywatelskiej. Utwór powstał w ramach programu polskiej współpracy rozwojowej realizowanej za pośrednictwem MSZ RP w roku 2019. Zezwala się na do-wolne wykorzystanie utworu, pod warunkiem zachowania ww. informacji, w tym informacji o stosowanej licencji, o posiada-czach praw oraz o programie polskiej współpracy rozwojowej.

Inne aktualności

Aktualności

09/08/2023
Prezentacja do warsztatów dla nauczycieli ,,Budując mosty”
Projekt „Młodzi Przedsiębiorczy. Program rozwoju kompetencji społecznych i obywatelskich w szkołach branżowych’’ korzysta z dofinansowania o wartości 110 187,00 EUR otrzymanego od Islandii, Liechtensteinu i Norwegii w ramach Funduszy EOG....
czytaj więcej»
29/09/2022
Wyniki konkursu dziennikarskiego „Budujemy społeczeństwo otwarte”
Znamy już zwycięzców V edycji konkursu na projekt materiału dziennikarskiego pt. "Budujemy społeczeństwo otwarte", zorganizowanego w ramach programu „I am European: Historie i fakty o migracjach na XXI wiek” finansowanego...
czytaj więcej»
18/10/2021
Wielkanoc z CEO
Wiosna i odbywająca się w jej trakcie Wielkanoc, Dzień wody, Dzień lasów i dzień Ziemi to wspaniały moment na refleksję na temat środowiska naturalnego i naszego wpływu na nie. W...
czytaj więcej»

Zobacz inne obszary naszych działań

Fakty i mity dotyczące zmiany klimatu

1. Ocieplenie to wynik naturalnego procesu, a nie działalności człowieka, który przyczynia się do ocieplenia zaledwie w kilku procentach.

Prawdą jest, że ludzkość wytwarza jedynie kilka procent całkowitej emisji gazów cieplarnianych, także gazów nie występujących w naturze.

Dwutlenek węgla (CO₂), który dostarczamy do atmosfery pochodzi w przeważającej mierze ze spalania paliw kopalnych – węgla kamiennego, brunatnego, ropy naftowej i gazu ziemnego. Węgiel zawarty w tych związkach został przed milionami lat „zdeponowany” w paliwach kopalnych, zapewniając naszej planecie równowagę obiegu węgla pierwiastkowego w przyrodzie, która obecnie – w wyniku działalności człowieka – jest zaburzana i powoduje zmiany klimatu.

 

2. Dlaczego mówi się o redukcji emisji dwutlenku węgla, skoro to para wodna jest w największym stopniu odpowiedzialna za efekt cieplarniany?

Para wodna stanowi ponad 90% wszystkich gazów cieplarnianych obecnych w atmosferze i jest najważniejszym składnikiem kontrolującym temperaturę Ziemi – tworząc chmury czy odbijając dochodzące do Ziemi promieniowanie słoneczne. Jest ona częścią zamkniętego obiegu wody w przyrodzie, a jej zawartość w atmosferze regulowana jest naturalnymi procesami.

W przypadku dwutlenku węgla (drugiego co do ważności gazu cieplarnianego) jest inaczej, gdyż: po pierwsze – zamknięty obieg węgla w przyrodzie (zdeponowanego w paliwach kopalnych np. w węglu kamiennym) został naruszony przez człowieka, po drugie – gaz ten jest wytwarzany przez ludzi w znacznie większych ilościach niż para wodna. Dodatkowo, im średnia temperatura Ziemi jest wyższa, tym zawartość pary wodnej w atmosferze jest większa i wzmacnia efekt cieplarniany – jest to swego rodzaju efekt zwrotny.

3. Produkcja globalna mięsa wołowego w dużym stopniu przyczynia się do zmian klimatu na Ziemi.

Wyprodukowanie 1 kilograma wołowiny powoduje emisję od 50 do 100 razy więcej dwutlenku węgla niż wyprodukowanie 1 kilograma zboża. Dodatkowo dochodzi kwestia krowy jako zwierzęcia, a dokładnie jej procesów trawiennych oraz odchodów – powodują one produkcję dużych ilości metanu, który jest 23 razy bardziej szkodliwy dla klimatu niż dwutlenek węgla. Roczna emisja gazów cieplarnianych przez jedną krowę odpowiada emisji związanej z przejechaniem samochodem osobowym aż 24 000 kilometrów! Przejście na wegetarianizm do jeden ze sposobów zmniejszenia naszego śladu ekologicznego.

4. Topnienie kilku lodowców nie jest dowodem na globalne ocieplenie.

W przeszłości lodowce przyrastały i topniały. Tymczasem obecna skala zjawiska ubywania powierzchni lodowców, obserwowana od kilkunastu lat, wskazuje na długotrwały i regularny proces. Proces ten dotyczy nie kilku, ale bardzo wielu lodowców oraz wiecznej zmarzliny, która również topnieje. Grupa amerykańskich naukowców, która dokonała bilansu mas lodu znajdujących się na Ziemi, wskazuje na to, że ilość lodu w lodowcach górskich i podbiegunowych stale się zmniejsza. Przyrosty lodowców są spowodowane większymi opadami w wyniku wyższych temperatur i nie przeczą wcale faktowi, że ogólna masa lodu na Ziemi maleje.

5. Wulkany emitują więcej dwutlenku węgla niż ludzie.

Wulkany emitują ok. 150 razy mniej dwutlenku węgla niż powstaje wskutek działalności człowieka. Pomiary stężenia dwutlenku węgla, prowadzone w wielu miejscach na Ziemi, nie wykazują gwałtownych wzrostów po wybuchach wulkanicznych – poziom tego gazu cieplarnianego rośnie regularnie i stabilnie. Wpływ wulkanów na klimat nie jest związany z emisją dwutlenku węgla, ale polega na rozpraszaniu promieniowania słonecznego przez pyły i gazy wulkaniczne, co powoduje okresowe oziębienia klimatu.

6. Grenlandia była już zieloną wyspa i nikomu to nie przeszkadzało.

Pewna legenda klimatyczna głosi, że zieloną Grenlandię zasiedlali Wikingowie, aż do czasu tzw. małej epoki lodowcowej, kiedy to musieli opuścić zmrożoną wyspę. Nazwa wyspy (ang. green – zielony, land – ląd, ziemia) wskazywać może na występowanie zieleni, lecz lód, którego wiek ocenia się na setki tysięcy lat, pokrywa obecnie aż 80% jej powierzchni. Nazwa została prawdopodobnie nadana wyspie, aby zachęcić ludzi do osiedlania się na niej. Globalne ocieplenie klimatu nie omija jednak i Grenlandii – pomiary przeprowadzone w 2006 roku wykazały, ze lądolód grenlandzki w ostatnich latach tracił prawie 100 gigaton lodu rocznie (to tyle, co objętość 134 mln Pałaców Kultury i Nauki!).

7. W ograniczeniu emisji dwutlenku węgla brak jest ekonomicznego sensu.

Ekonomiści ostrzegają – skutki gospodarcze nasilających się zmian klimatu będą o wiele silniejsze niż obecny kryzys ekonomiczny. Co więcej, zaspokojenie podstawowych potrzeb ludności, takich jak dostęp do wody pitnej, opieki medycznej oraz żywności, zostaną zagrożone. Szacuje się, że zaledwie około 1% rocznego globalnego produktu brutto jest przeznaczany na przedsięwzięcia służące zmniejszeniu emisji gazów cieplarnianych. Potencjalne straty gospodarcze i społeczne w wyniku nie podejmowania żadnych działań będą nieporównywalnie wyższe od wspomnianego jednego procenta, ale przede wszystkim nieodwracalne.

Stosowanie paneli słonecznych w Polsce jest bez sensu.

Zarówno kolektory słoneczne służące do podgrzewania wody, jak i panele (ogniwa) fotowoltaiczne wytwarzające prąd mogą pracować w naszych szerokościach geograficznych, także zimą oraz w warunkach częściowego zachmurzenia. Nie ulega wątpliwości, że są one najbardziej wydajne podczas słonecznej pogody.

Producenci tzw. solarów (cieczowych kolektorów słonecznych) podają, że takie kolektory, są wykorzystywane w Polsce przez 2/3 roku. Inaczej sprawa ma się w wypadku ogniw fotowoltaicznych (baterii słonecznych), które uzależnione są od stopnia zaciemnienia źródła. Można sprawdzić to w prosty sposób włączając kalkulator z taką baterią słoneczną w warunkach zachmurzenia.

8. Mroźne zimy dowodzą, że globalne ocieplenie się zakończyło.

Zima 2009/2010 była rzeczywiście i w Polsce, i w Europie wyjątkowo mroźna, jednak w tym samym czasie w Australii i Azji Południowo-Wschodniej zanotowano rekordowo wysokie temperatury, a w Kanadzie zima ta była najcieplejsza od wielu lat!

Takie wyjątkowe, skrajne temperatury nie powodują odwrócenia globalnego trendu ocieplania się klimatu, a wskazują jedynie na dziejące się na naszych oczach i w naszych czasach ekstremalne zjawiska pogodowe, mogące wynikać z zachodzących zmian klimatu, którym powinniśmy zapobiegać.

9. Ocieplenie klimatu to wyłącznie efekt zmiennej aktywności Słońca.

Rzecz jasna Słońce ma bezpośredni wpływ na zmiany temperatury na Ziemi. Jednak obserwowana od lat 60. XX wieku malejąca aktywność Słońca i jednoczesny wzrost temperatury globu wskazują na atmosferyczny dwutlenek węgla jako głównego winowajcę ocieplenia, ze względu na dominujący udział w obserwowanym efekcie szklarniowym. Innymi słowy, satelity od ponad 40 lat obserwują z kosmosu mniejszą aktywność Słońca, a pomiary pokazują wzrastającą ilość gazów cieplarnianych w atmosferze i trend wzrostowy średniej temperatury Ziemi.

Inne aktualności

Aktualności

09/08/2023
Prezentacja do warsztatów dla nauczycieli ,,Budując mosty”
Projekt „Młodzi Przedsiębiorczy. Program rozwoju kompetencji społecznych i obywatelskich w szkołach branżowych’’ korzysta z dofinansowania o wartości 110 187,00 EUR otrzymanego od Islandii, Liechtensteinu i Norwegii w ramach Funduszy EOG....
czytaj więcej»
29/09/2022
Wyniki konkursu dziennikarskiego „Budujemy społeczeństwo otwarte”
Znamy już zwycięzców V edycji konkursu na projekt materiału dziennikarskiego pt. "Budujemy społeczeństwo otwarte", zorganizowanego w ramach programu „I am European: Historie i fakty o migracjach na XXI wiek” finansowanego...
czytaj więcej»
18/10/2021
Wielkanoc z CEO
Wiosna i odbywająca się w jej trakcie Wielkanoc, Dzień wody, Dzień lasów i dzień Ziemi to wspaniały moment na refleksję na temat środowiska naturalnego i naszego wpływu na nie. W...
czytaj więcej»

Zobacz inne obszary naszych działań

Zielone światło dla zielonej cywilizacji

Tematem tekstu są przemiany cywilizacyjne, jakie czekają nas w przyszłości. Nawiązuję w nim do myśli amerykańskiego ekonomisty i futurologa Jeremy’ego Rifkina, twierdzącego, że rewolucjom w środkach komunikacji towarzyszyły rewolucje w energetyce.

Pierwsza Rewolucja Przemysłowa w XIX w. oparta była na technice druku masowego oraz na gospodarce napędzanej węglem i parą. Druga, w XX w., była skutkiem upowszechnienia elektrycznych narzędzi komunikowania – od telefonu po radio i telewizję – oraz na silniku spalinowym. Trzecia zaczęła się wraz z rozwojem Internetu, nowoczesnej telefonii komórkowej i, zdaniem Rifkina, wymaga energii odnawialnej, rozproszonej w formie sieci zdecentralizowanych, przydomowych wytwórni prądu oraz ciepła. Kryzys finansowy, jakiego doświadcza Europa, związany jest bowiem z wyczerpywaniem się i drożeniem ropy. Przestawienie się na OZE oraz ograniczenie marnotrawstwa energii i zasobów może prowadzić do wyjścia z obecnej sytuacji kryzysu. Wzrost konsumpcji ropy a także innych zasobów kopalnych w Chinach i Indiach, którego skalę przedstawiamy za pomocą przykładu wzrostu motoryzacji jest czynnikiem, który powinien skłonić zachodnie kraje do przemyślenia polityki energetycznej. Energetyka rozproszona rozwija się w państwach, które antycypują zmianę, chcą kreować przyszłe trendy i być liderami nowych technologii. Tutaj pierwsze skrzypce na świecie odrywają Niemcy, ale i kraje Południa takie jak Bangladesz mogą pochwalić się godnymi uwagi osiągnięciami na tym polu. Zbadam w tym kontekście politykę Polski i potencjał naszego kraju do rozwoju OZE, ze szczególnym uwzględnieniem nie wielkich farm wiatrowych, lecz np. przydomowych fotowoltaików. Główna teza tekstu brzmi, że wybór drogi rozwoju energetyki pomiędzy dalszą eksploatacją paliw kopalnych a stopniowym przestawieniem się na OZE to kluczowa decyzja warunkująca przyszłość kraju.

Wydaje nam się często, że jakaś forma bytu społecznego jest zamknięta, gotowa, nienaruszalna, że była od zawsze i na zawsze pozostanie. Wtedy nie ma szans na jakikolwiek ruch. Myślę, że świat jest nieustannym przepływem; ciągle możemy się otwierać na nowe możliwości, wpływać na kształt świata, zmieniać, oddziaływać. Badać, co by było gdyby…

Olga Tokarczuk, „Bluszcz”, nr 1/2012, s. 20

Czy laptopy lubią węgiel?

Jeremy Rifkin, znany amerykański ekonomista i futurolog od lat śledzi globalne trendy przemian cywilizacyjnych i uchwyca ich istotę prezentując je w przystępny sposób. W książce z połowy lat 90. XX wieku pt. „Koniec pracy” głosił, że największym wyzwaniem dla świata będzie zapewnienie zajęcia i sensu życia miliardowi bezrobotnych w skali świata. Postulował byśmy dzielili się pracą, a państwa radykalnie skracały tydzień roboczy, pokazując absurdalność sytuacji, w której miliony ludzi są przepracowane, a miliony cierpią z powodu bezrobocia. W książce „Wiek dostępu” stawiał tezę o dematerializacji gospodarki, w której podstawowym źródłem dochodu jest dostęp do informacji lub usługi, a nie materialny towar i pokazywał konsekwencje tego procesu (zob. np. http://www.kasakobiet.ngo.org.pl/teksty/globalny_fajrant.html). Obecnie Rifkin skupił się na problematyce zależności między cywilizacją a energią. Uczony twierdzi, że kryzys finansowy nie zostanie zażegnany dopóki cała Europa nie przestawi się na nowe, odnawialne, zdecentralizowane, przydomowe źródła energii (WYWIAD: III Rewolucja Przemysłowa receptą na kryzys). Rifkin zaobserwował, że w rozwoju cywilizacji, dokonujące przełomu środki rozwoju komunikacji zasilane były adekwatnym, nowym źródłem energii. Zwiastuje potrzebę wkroczenia w „trzecią rewolucję przemysłową”. „Pierwsza Rewolucja Przemysłowa w XIX w. – oparta była na technice druku masowego oraz na gospodarce napędzanej węglem i parą. Druga, w XX w., była skutkiem upowszechnienia elektrycznych narzędzi komunikowania – od telefonu po radio i telewizję – oraz na silniku spalinowym. Trzecia zaczęła się wraz z komunikacją cyfrową. Internet zmienił świat, oczekiwania ludzi, tempo i skalę przepływu informacji. Ale źródła energii pozostały te same. To wciąż jest węgiel, gaz, ropa. Cały świat gwałtownie upodabnia się do Zachodu, ale tych źródeł energii, na których oparty był nasz rozwój, dla wszystkich nie starczy. Dla kilkuset milionów starczało. Dla kilku miliardów – nie” – tłumaczy Rifkin.

Niedostatek ropy jest związany z szybkim rozwojem przemysłowym Chin i Indii. Kraje te przyjęły materialistyczny, zachodni schemat rozwoju z założeniem, że im więcej się produkuje i konsumuje, tym lepiej się żyje. Rosnąca ilość sprzedawanych samochodów i dóbr przemysłowych zwiększyła uzależnienie tych krajów od ropy naftowej. Cena baryłki ropy na świecie rośnie, gdyż rośnie globalna konkurencja. Chiny od 2009 roku są największym światowym producentem samochodów, z czego większość przeznaczona jest na rynek krajowy – najszybciej rosnący rynek motoryzacyjny na świecie. W latach 2002-2006 corocznie na chińskich drogach przybywał milion nowych samochodów. W 2006 roku pojawiło się już 6 milionów nowych aut, a rok później 8 milionów, w 2010 roku w Chinach sprzedano już prawie 14 milionów nowych samochodów (Przemysł motoryzacyjny w Chinach). Przy założeniu utrzymania się tego trendu, firma McKinsey przewiduje, że w 2030 roku chiński rynek samochodowy wzrośnie 10-krotnie w stosunku do stanu z 2005 roku. Pomimo galopującego wzrostu, w 2008 roku w Chinach było jedynie 37 samochodów na 1000 mieszkańców, podczas gdy w USA 828, a Polsce 493 (Lista krajów według pojazdów na mieszkańca). W takiej sytuacji państwa Północy (rozumiejąc pod tą kategorią paostwa najbardziej zaawansowane w „rozwoju” gospodarczym i skali konsumpcji) nie mają żadnych etycznych, ani politycznych podstaw, aby egzekwować od Chińczyków ograniczenie apetytu na ropę, o ile same radykalnie nie zmienią swego modelu rozwoju. Pozostają dwa sposoby na to, by „uratować” komfort uzależnionych od samochodów i ropy społeczeństw. Pierwszy to samoograniczanie potrzeb oraz marnotrawstwa energii i zasobów, przy czym odpowiedzialność za to nie może spoczywać tylko na barkach obywateli, ale też na instytucjach publicznych. W tej chwili ograniczanie niepotrzebnych start energii i zasobów staje się powoli jednym z priorytetów polityki europejskiej. Parlament Europejski uchwalił rezolucję postulującą ograniczenie zużycia energii w transporcie o 20% do 2020 roku (np. poprzez rzadsze używanie samochodów, systemy dzielenia się samochodami car share, rozwój transportu publicznego). Transport bowiem pożera 26% energii na obszarze Unii Europejskiej. Z kolei 19 stycznia 2012 roku Parlament Europejski podjął rezolucję wzywającą do ograniczenia marnotrawstwa żywności w krajach członkowskich (produkcja i konsumpcja żywności pochłania ok. 1/3 energii). Obecnie w 27 krajach członkowskich traci się 89 mln ton żywności rocznie (ok. 179 kg na jednego mieszkańca rocznie), czyli blisko 50% wytwarzanej żywności. Prognoza na 2020 rok przy założeniu, że żadne działania nie zostaną podjęte to 126 mln ton rocznie czyli 40 procentowy wzrost. Odpowiedzialne za marnotrawienie żywności są gospodarstwa domowe – 42%, producenci w 39%, a dostawcy żywności – 14 (http://www.europarl.europa.eu/news/pl/pressroom/content/20120118IPR35648/html/Parlamentchce-powstrzyma%C4%87-marnotrawienie-%C5%BCywno%C5%9Bci). Według badań zrobionych na użytek Parlamentu, 60% marnotrawstwa dałoby się uniknąć dzięki kupowaniu mniejszej ilości jedzenia na zapas, baczniejszemu sprawdzaniu terminów spożycia.

Ograniczenie marnotrawstwa energii powinno być wspólną sprawą rządów, biznesu i obywateli. Poza instytucjami publicznymi, również niektóre prywatne firmy podejmują działania, by ograniczyć zużycie energii. Zakłady produkcyjne mogą znacząco ograniczyć koszty inwestując w nowe, bardziej energooszczędne technologie. Przykładowo, jeden tylko zakład papierniczy w Kluczach w 2008 roku zaoszczędził na energii około 500 tys. dol w skali roku, nie zmniejszając wcale skali produkcji. Jak wyjaśnia prezes spółki, „te oszczędności są możliwe dzięki inwestycjom w nowe technologie pozwalającym m.in. ograniczyd zużycie ciepła do suszenia bibułki i w nowe napędy silników elektrycznych, które pozwalają regulowad pobór mocy zależnie od obciążenia silnika” (http://biznes.gazetaprawna.pl/wywiady/96115,ograniczenie_zuzycia_energii_pozwala_zachowac_konkurencyjnosc.html).

Drugi sposób na utrzymanie dotychczasowego zachodniego standardu życia to rozwój alternatywnych wobec ropy i paliw kopalnych źródeł energii, czemu przyjrzymy się wkrótce. Pozostaje też trzeci, najprawdopodobniej najrozsądniejszy sposób aplikowania obydwu rozwiązań naraz – ograniczanie marnotrawstwa przy jednoczesnym poszukiwaniu „zielonych” źródeł energii. Sposoby te zestawione są wspólnie w działalności instytucji unijnych. W 2011 roku został powołany specjalny unijny fundusz zajmujący się dofinansowaniem projektów z zakresu „wydajności energetycznej i odnawialnej energii”, European Fund for Investments in Energy Efficiency and Renewable Energy Projects. Unia Europejska przekazała Funduszowi w 2011 roku 146 milionów euro, co jest znaczącą sumą, lecz ciągle znacznie mniejszą niż wydatki na energie nuklearną i wsparcie państw członkowskich dla firm eksploatujących zasoby kopalne. Samo wsparcie państw członkowskich dla badań nad rozwojem energii atomowej od ponad 20 lat utrzymuje się na poziomie około miliarda euro.

Kryzys energetyczny rodzi kryzys finansowy

Kryzys finansowy, zdaniem Rifkina, był prostą odpowiedzią amerykańskiej i europejskiej gospodarki na wzrost cen ropy w 2007 roku, kiedy cena baryłki ropy wyniosła rekordowe 147 dolarów. Jako że cena ropy związana jest z całym łańcuchem dostaw, jej podwyżka pociągnęła za sobą wzrost cen żywności i artykułów konsumpcyjnych ze względu na zwiększenie kosztów transportu czy eksploatacji maszyn rolniczych i przemysłowych. Artykuły konsumpcyjne osiągnęły wówczas poziom cen nieakceptowalny dla masowego konsumenta, podobnie jak to miało miejsce w czasie kryzysu naftowego, osiągnięcia w 1978 roku ówczesnego szczytu wydobycia, od którego przyrost produkcji ropy stał się wolniejszy niż światowy przyrost ludności. Zdaniem International Energy Raport, w 2006 roku światowa gospodarka mogła osiągnąć tzw. peak oil, szczyt produkcyjnych możliwości w zakresie ropy.

Niemcy liderami trzeciej rewolucji przemysłowej?

„Trzecia Rewolucja już trwa – mówi Rifkin – Tylko za wolno się toczy. Internet – nowy środek komunikacji – objął większość ludzkości tworząc nowe potęgi oparte na zintegrowanych możliwościach milionów uczestników. Trzeba tę logikę przenieść do energetyki. Trzeba się pożegnać z wielkimi dostawcami energii opartej na węglu, ropie, uranie, którzy działają w logice epoki masowej stworzonej przez Drugą Rewolucję. Trzecia Rewolucja to bezlik małych źródeł energii z wiatru, słońca, wody, geotermii, pomp ciepła, biomasy. Każdy kraj świata może się dzięki nim stad energetycznie samowystarczalny, jeśli te rozproszone źródła zostaną połączone i będą się uzupełniały w obrębie kontynentalnych sieci”. Obecnie w energetyce coraz częściej mówi się o potrzebie rozwoju zdecentralizowanej sieci „energii rozproszonej” działającej na wzór internetu. Każdy internauta mógłby wytwarzać energię, by zasilić swojego laptopa, za pomocą niewielkich przydomowych urządzeń lub korzystać z takich urządzeń zainstalowanych w bloku. To już się dzieje na naszych oczach. W Niemczech kilka lat temu, za rządów socjaldemokratów i Zielonych, wprowadzano program finansujący zakładanie przydomowych wytwórni prądu i ciepła, opartych na odnawialnych źródłach energii. „Oczywiście program ten można krytykować z perspektywy klasowej – mówi dr Dieter Eissel z Uniwersytetu w Giessen – gdyż dofinansowano klasę średnią, głównie posiadaczy domów, a nie wsparto uboższych pozwalając im korzystać z dobrodziejstw OZE. Sam jednak z niego skorzystałem i zainstalowałem panele fotowoltaiczne, jeden do sieci elektrycznej, drugi do ogrzewania wody, na dodatek wskutek programu subwencji wyszedłem na tym korzystnie finansowo. To niezwykłe uczucie, że moje mieszkanie jest w całości podgrzewane i zaopatrywane w prąd ze słońca”. Niemcy są światowym liderem OZE, zwłaszcza jeśli chodzi o energetykę solarną, w samym 2009 roku niemieckie firmy i konsumenci zainstalowali około 2,500 MW z 5,158 MW zainstalowanych w tym roku w skali świata. W 2008 roku Niemcy produkowały 28% globalnej energii wiatrowej, 48% fotowoltaicznej, 45% paliwa biodiesel.

Póki co, niestety, Unia Europejska nie prowadzi wspólnej polityki energetycznej, a kraje członkowskie zdobywają głównie energię za pomocą umów dwustronnych z krajami spoza UE, co utrudnia przyspieszenie rozwoju innowacji w energetyce. Łącznie, kraje UE importują ponad 60% gazu i ponad 80% Ropy, które wykorzystują. I ten import z roku na rok rośnie. Najwięcej surowców – 85% importu gazu i 50% importu ropy, pochodzi z Rosji, Norwegii i Algierii, (za http://www.europarl.europa.eu/news/pl/headlines/content/20120120STO35894/html/Nowy-element-energetycznej-uk%C5%82adanki). Wspólna polityka w zakresie wytwarzania i importu energii jest na razie, obok oszczędzania energii, jednym z priorytetów unijnej strategii „Energia 2020” i jednocześnie koncepcją będącą przedmiotem obrad Parlamentu Europejskiego, gdzie spotyka się jednak z oporem części sił izolacjonistycznych i konserwatywnych. Dlatego póki co możemy rozpatrywać jedynie politykę poszczególnych krajów członkowskich, Rifkin uznaje, że Niemcy kierując się zdrowym rozsądkiem, a nie romantyzmem, są w tej chwili światowymi liderami „trzeciej rewolucji przemysłowej”. Podzielając podobny pogląd napisałem w ubiegłym roku artykuł poświęcony innowacyjnej polityce Niemiec w zakresie odnawialnych źródeł energii. Opisałem w tym tekście przyjęte w Niemczech rozwiązania, obejmujące m.in. preferencyjne warunki skupowania przesyłu energii od wytwórców OZE, rozwój sieci małych przydomowych wytwórni energii i ciepła, a także ulgi podatkowe dla firm zajmujących się OZE. Według Rifkinia, „za rok Daimler zacznie masową produkcję zielonych samochodów z baterią wodorową, które bez ładowania przejadą 750 km. Na ulicach będą punkty ich ładowania. Siemens i Bosch też są w to zaangażowane. To jest częśd narodowego programu, który sprawi, że za 20 lat Niemcy będą pierwszym krajem mającym za sobą Trzecią Rewolucję Przemysłową”. Inny świat, w którym dalej będą działać samochody, lodówki i komputery bez potrzeby spalania węgla, gazu czy ropy, powstaje tuż za naszą zachodnią granicą. Polska mogłaby uczestniczyć w tych zmianach, zamiast przeznaczać olbrzymie nakłady na budowę elektrowni atomowych, które Niemcy planują zamknąć do 2030 roku. Przestrzegam jednak przed uznaniem, że w tym nowym świecie „wszystko będzie po staremu” i nie trzeba będzie zmieniać naszego stylu życia, każdy będzie miał pełną lodówkę i terenówkę na cztery koła – najpierw ograniczmy marnotrawstwo, a nową energią zasilajmy tylko to, co niezbędne.

Energia rozproszona może być tania

Energetyka rozproszona nie musi oznaczać zawsze niezwykle kosztownych instalacji. Również w krajach Południa pojawia się coraz więcej programów wykorzystania paneli słonecznych czy biogazu. Muhammad Yunus, przedsiębiorca społeczny i laureat Pokojowej Nagrody Nobla z 2006 mówi o sobie, że jest „seryjnym założycielem firm”. Zakłada firmy społeczne, które mają na celu rozwiązanie określonych problemów. Po tym, jak założył Grammen Bank udzielający głównie ubogim kobietom mikrokredytów na rozwój drobnej działalności gospodarczej, utworzył w 1996 roku firmę Grameen Shakti, która miała na celu dostarczenie do ubogich domostw elektryczności i światła za pomocą tanich paneli słonecznych. Solarne lampy zastępują lampy naftowe, które często wywoływały pożary. Na początku firma sprzedawała 5 urządzeń na miesiąc, w 2006 roku osiągnęła sprzedaż rzędu 65 000 urządzeń, obecnie sprzedaje tysiąc urządzeń dziennie. W 2006 r. Grameen Shakti uzyskała wyróżnienie za rozwój energetyki odnawialnej Ashden Award. Przygotowany na te okazję film pokazuje, jak panele słoneczne zapewniają ciepłą herbatę i warunki do pracy w godzinach wieczornych dla tkających kobiet (patrz, http://www.youtube.com/watch?v=6YTNWRgHYqw)

Czy Polska może sobie pozwolić na trzecią rewolucję przemysłową?

Polska Izba Gospodarcza Energii Odnawialnej (PIGEO), zrzeszająca producentów energii odnawialnej w Polsce, szacuje końcowy udział netto energii odnawialnych w wytwarzanej Polsce sieci elektrycznej na około 8%. Inne źródła podają zazwyczaj niższe wartości, gdyż mogą podawać wartość wyliczoną w stosunku do zużytej energii pierwotnej albo w stosunku do końcowego zużycia energii. Istotne jest też, czy wyliczenia dokonujemy w stosunku do wartości brutto (generalnie taka wartość uwzględnia zużycie energii na potrzeby wytwarzania przez wytwórców oraz straty na przesyle i dystrybucji energii) czy też wartości netto (końcowe zużycie przez odbiorców końcowych). Pierwsza polska farma wiatrowa o mocy zainstalowanej 18 MW, do dziś funkcjonująca, została wybudowana w roku 2001 w Cisowie i należy do spółki Energia-Eco. Największa farma znajduje się z kolei w gminie Margonin o mocy 120 MW i jest własnością innej firmy członkowskiej EDP Renewables (źródło: PIGEO). Jednakże potencjał w zakresie rozwoju energetyki odnawialnej w Polsce pozostaje dalece niewykorzystany, co może wynikad z braku rządowego programu rozwoju energetyki odnawialnej i odpowiednich instrumentów polityczno-ekonomicznych pobudzających rozwój.

Według raportu przygotowanego w 2011 roku przez firmę badawczą na zlecenie Greenpeace, „nawet 350 tys. nowych miejsc pracy może powstać w Polsce w sektorze energetyki odnawialnej do roku 2020. To niemalże dwukrotnie więcej niż wynosi obecne zatrudnienie w sektorach górnictwa i wydobycia”. W odróżnieniu od rządowej strategii zmierzającej do utrzymania wydobycia węgla na wysokim poziomie, raport zakłada, że energia z gazu, biomasy i wiatru mogłaby w 2030 r. stanowić około trzech czwartych całkowitego zużycia energii w Polsce (Greenpeace zapowiada 350 tys. miejsc pracy przy OZE). Greenpeace, będąc zwolennikiem przyspieszenia transformacji z gospodarki opartej na energii z paliw kopalnych na „zieloną energię”, podaje przykład ze Śląska. „Kiedyś Śląsk kojarzył się z węglem, jednak dziś jest to kolebka dynamicznie rozwijających się firm, które postawiły na ochronę środowiska i zieloną energię” – mówi Sebastian Musioł z firmy Watt, która w Sosnowcu ulokowała największą fabrykę kolektorów słonecznych w Europie Środkowo Wschodniej (cyt. za Greenpeace). Fabryka uzyskała wsparcie z funduszy unijnych na rozwój OZE. Energia rozproszona mogłaby stanowić ważną cześć tych nowych miejsc pracy.

Zdaniem ekspertów, rozwój energetyki rozproszonej w Polsce przebiega dosyć chaotycznie ze względu na to, że rząd nie uczynił z rozwoju OZE priorytetu polityki energetycznej. Dr Tomasz Siewierski z Politechniki Łódzkiej zwraca uwagę, iż „w Polsce o rozwoju energetyki rozproszonej decydują głównie czynniki ekonomiczne. Najchętniej budowane są źródła o najmniejszych kosztach jednostkowych wytwarzanej energii, które w wypadku OZE przede wszystkim wymagają nakładów inwestycyjnych. Świadomość i preferencje społeczne odgrywają niestety drugorzędną rolę”. Te właśnie czynniki, wraz z systemem taryfowym nie zachęcającym do podnoszenia jakości usług, sprawiły, że w Polsce dynamicznie rozwija się energetyka wiatrowa, instalacje solarne, umiarkowanie minikogeneracja gazowa (systemy skojarzonej produkcji ciepła i prądu) i biogazowa przy niewielkim postępie w rozwoju fotowoltaiki (urządzenia, które przekształcają promieniowanie słoneczne bezpośrednio w elektryczność). Jest to o tyle niepokojące, że fotowoltaika wzbudza najmniej kontrowersji ze względu na swe oddziaływanie na środowiska, dominujące w Polsce farmy wiatrowe są krytykowane ze względu na przypadki zabicia ptaków przez wiatraki i szpecenie krajobrazu. Zdaniem dr Siewierskiego, „Aby uniknąć konfliktów i uprościć procedury, jednostki samorządu terytorialnego powinny mied obowiązek jak najszybszego wprowadzenia w planach zagospodarowania regulacji związanych z możliwością rozwijania generacji rozproszonej”.

Aby rosło zainteresowanie samorządów i władz centralnych rozwojem energetyki rozproszonej, musi nastąpić pewna zmiana mentalna, jaka zaistniała w Japonii, po wybuchu atomowej elektrowni w Fukushimie. Zmianę tę może również, zdaniem dr Siewierskiego, przyspieszyć wzrost ceny energii elektrycznej wytwarzanej w dużych elektrowniach systemowych, spowodowany ograniczeniami emisji gazów cieplarnianych i koniecznością budowy nowych mocy wytwórczych i rozwojem infrastruktury sieciowej. „Jeżeli cena energii na rynku hurtowym wzrośnie w roku 2020 do poziomu 350-400 złotych – zapowiada – liczba osób zainteresowanych własnymi instalacjami zdecydowanie się zwiększy”. Rozwój energetyki rozproszonej utrudnia fakt, że w chwili obecne cena energii elektrycznej ze źródeł kopalnych nie odzwierciedla faktycznych kosztów jej wytwarzania. Część kosztów energii węglowych to przerzucone na całe społeczeństwo i dalsze pokolenia koszta zewnętrzne ich eksploatacji, związane z wpływem wydobycia i spalania węgla na klimat i środowisko. „Jeżeli rzeczywiście chcemy osiągnąć założone cele zrównoważonego rozwoju musimy ponieść konsekwencje w postaci zwiększonego kosztu wytwarzanej energii elektrycznej, a tym samym zmiany konkurencyjności naszego przemysłu w stosunku do krajów, które takich ograniczeń sobie nie nałożyły. Idea zrównoważonego rozwoju nie będzie miała szans powodzenia, jeżeli kryteria swobodnej wymiany handlowej nie zostaną uzależnione od oddziaływania produkcji towarów na środowisko, w tym na zmiany klimatyczne” – zauważa dr Siewierski.

Rozgrywka o kształt jutra toczy się dziś

28 stycznia 2012 odbył się finał Pucharu Polski w siatkówce kobiet. Po zaciętej walce Atom Trefl Sopot musiał uznał wyższość Tauron MKS Dąbrowa Górnicza. Do najlepszych zespołów w siatkówce mężczyzn od lat należą PGE Skra Bełchatów i Jastrzębski Węgiel. W tle rywalizacji sportowej kryje się rywalizacja między dużymi firmami zajmującymi się rozwojem energii w oparciu o zasoby nieodnawialnych źródeł energii, bo do takiej zalicza się też promowana przez PGE energia atomowa oparta na ograniczonych zasobach uranu. Większość polskich firm, które stad na sponsorowanie sportu to kompanie węglowe lub spółki wytwarzające energię elektryczną – w głównej mierze ze źródeł konwencjonalnych. Nie ma silnej drużyny opowiadającej się za energetyką odnawialną, ani silnego stowarzyszenia odpowiedzialnych konsumentów walczącego o nową energię.

Nie przypadkiem Polska jest niestety państwem, które najbardziej hamuje plany Unii Europejskiej dotyczące ograniczenia wydobycia paliw kopalnych. „Już dziś Polska na import ropy wydaje blisko 5% PKB – 60 mld złotych rocznie (a na import gazu kolejne 10 mld) – pisze Marcin Popkiewicz – Inaczej mówiąc, rocznie puszczamy z dymem kasę, odpowiadającą łącznej cenie 10 tysięcy autobusów, kilku tysięcy tramwajów, 100 tysięcy kilometrów asfaltowych ścieżek rowerowych oraz kilku tysięcy kilometrów szybkiej kolei” (Polska NIE dla unijnych planów ograniczenia spalania paliw kopalnianych. Polski rząd stale opóźnia większy program przestawienia gospodarki kraju na zielone tory zakładając, że dopiero jeśli ceny ropy czy gazu osiągną nieakceptowalną społecznie wysokość wdrożymy alternatywy. Popkiewicz zwraca uwagę, że zwlekanie może być kosztowne, gdyż proces budowy zielonej infrastruktury energetycznej może trwać latami – „jak będziemy czekać z tym wdrażaniem, aż ceny ropy wzrosną z obecnych 100 dolarów za baryłkę do powiedzmy 200 lub 400 dolarów za baryłkę, przez co do Rosji wyślemy nie 5%, lecz 10 lub 20% PKB (to ponad połowa całości przychodów budżetu państwa), to nie będzie już nas stad na żadne sensowne inwestycje”. Zadaniem tego eksperta, starając się jak najdłużej podtrzymać eksploatację złóż kopalnych, możemy obudzić się „z ręką w nocniku”, a szybkie przestawienie się na OZE jest w długofalowym interesie Polski. Może temu celowi sprzyjać przebudowa systemu podatkowego, polegająca na wysokim opodatkowaniu cen paliw kopalnych już u źródła – w kopalni, rafinerii, na granicach. System taki wymagałby jednocześnie osłon dla mniej zasobnych obywateli, których podwyżka cen żywności spowodowana wzrostem cen ropy dotknęłaby najdotkliwiej.

Gra toczy się nie tylko o puchar Polski. Paliwa kopalne się wyczerpują, eksperci różnią się jedynie w opiniach czy skończą się zupełnie za 10, 30 czy 50 lat. Wybór drogi rozwoju energetyki to kwestia wyboru przyszłości i kształtu przyszłej cywilizacji. Możemy być liderami przemian, sprzedającymi reszcie świata nowoczesne rozwiązania energetyczne lub dymiącym i niebezpiecznym węglowo-atomowym skansenem zielonej Europy. Jeżeli jako obywatele nie powiemy naszemu rządowi jakiej przyszłości chcemy, będziemy musieli znów uczyć się na błędach.

Inne aktualności

Aktualności

09/08/2023
Prezentacja do warsztatów dla nauczycieli ,,Budując mosty”
Projekt „Młodzi Przedsiębiorczy. Program rozwoju kompetencji społecznych i obywatelskich w szkołach branżowych’’ korzysta z dofinansowania o wartości 110 187,00 EUR otrzymanego od Islandii, Liechtensteinu i Norwegii w ramach Funduszy EOG....
czytaj więcej»
29/09/2022
Wyniki konkursu dziennikarskiego „Budujemy społeczeństwo otwarte”
Znamy już zwycięzców V edycji konkursu na projekt materiału dziennikarskiego pt. "Budujemy społeczeństwo otwarte", zorganizowanego w ramach programu „I am European: Historie i fakty o migracjach na XXI wiek” finansowanego...
czytaj więcej»
18/10/2021
Wielkanoc z CEO
Wiosna i odbywająca się w jej trakcie Wielkanoc, Dzień wody, Dzień lasów i dzień Ziemi to wspaniały moment na refleksję na temat środowiska naturalnego i naszego wpływu na nie. W...
czytaj więcej»

Zobacz inne obszary naszych działań

Ilu planet potrzebujemy?

Największym sukcesem kosmicznych wypraw człowieka nie było postawienie stopy na księżycu. Poza symbolicznym znaczeniem tego wydarzenia i wzrostem naszej gatunkowej dumy, wyprawy w przestrzeń pozaziemską nie zmieniły specjalnie warunków życia ziemskich śmiertelników. Kolonizacja Marsa ciągle wydaje się mało prawdopodobna technicznie i szczególnie podejrzana z perspektywy zrównoważonego rozwoju (jedną planetę zniszczyli, to co mają dostać drugą? – orzekłoby zapewne Zgromadzenie Ogólne Zjednoczonych Planet).

Niemniej, kosmiczne eskapady przyniosły jedną bardzo pozytywną zmianę. Zapoczątkowało ją ujrzenie satelitarnego zdjęcia pięknej Ziemi – niebieskiej, bo pokrytej głównie wodą planety. Spojrzenie na nasze życie na Ziemi z kosmosu przyczyniło się do obudzenia się w ludziach świadomości bycia „Ziemianami”, co sprzyjało powstaniu ruchu ekologicznego w latach 60-70 na Zachodzie. Ziemia bowiem, choć piękna, wydaje się niepokojąco ograniczona pod kątem zasobów, jakie posiada, a także możliwości absorbowania emisji CO2 i różnych innych efektów działalności ludzi.

Narodziny Gai

Przełomu w zakresie budzenia świadomości Ziemi dokonał twórca teorii Gai, zatrudniony w NASA brytyjski naukowiec James Lovelock. W latach 1960-ych temu wybitnemu naukowcowi powierzone zostało fascynujące zadanie związane ze zbadaniem możliwości istnienia lub przyszłego rozwoju życia na Marsie. Lovelock analizował kluczowe parametry Marsa porównując je z Ziemią – skład atmosfery, temperaturę, wilgotność, przebieg naturalnych procesów przyrodniczych. Im dłużej badał właściwe dla Ziemi parametry, tym trudniej mu było wyjść z zachwytu. Widział bowiem w powstaniu życia na Ziemi cud na kosmiczną skalę, gdyż nieznaczne różnice temperatur mogłyby uniemożliwić powstanie i trwanie życia na naszej planecie. Stało się dla niego oczywistym, że Ziemia nie jest po prostu „trzecią skałą od Słońca”, która w dziwny sposób balansuje pomiędzy spłonięciem a zamrożeniem. Organizmy żywe, wraz ze swym nieorganicznym otoczeniem, ewoluowały razem jako pojedynczy, żywy organizm, który w ogromnym stopniu wpływał na procesy chemiczne i warunki na powierzchni Ziemi. Dostrzegł w tej zachwycającej koordynacji wszystkich procesów na Ziemi obecność jednego żywego organizmu, który nawiązując do greckiej mitologii nazwał „Gają”. Tysiące danych z zakresu fizyki, biologii i chemii dostarczyły mu podstaw do sformułowania prostej analogii – system życia Ziemi funkcjonuje tak, jak indywidualny organizm człowieka, który reguluje temperaturę ciała, stężenie cukru we krwi czy inne parametry. „Życie podtrzymuje dogodne warunki dla swego przetrwania” – stwierdził Lovelock, który zachwycił się mądrością Ziemi i porzucił prace nad projektem ucieczki na Marsa. W poszczególnych opracowaniach wskazywał na takie fenomeny, jak dostosowanie się życia na Ziemi do istotnych zmian, np. na zwiększenie się słonecznego ciepła o 30% w ciągu 4 miliardów lat zareagowała cała przyroda, łącznie z morzami i skałami. Wielu naukowców przyjęło, podobnie jak Lovelock, że „system Gai” reguluje globalną temperaturę, zawartość atmosfery, zasolenie oceanów i inne ważne dla procesów życia czynniki w sposób automatyczny, przez miliony lat podtrzymując pozornie kruchą równowagę.

Teoria Lovelocka dostarczyła idei i praktycznych wniosków dla biologów, fizyków, pozwalając im odkryć nowe zależności, wskazujące na istnienie wyższej koordynacji. Przykładowo, wykazano, iż formowanie się chmur nad otwartymi oceanami jest niemal w całości pochodną metabolizmu alg oceanicznych, które w ramach wydalania odpadów emitują znaczące cząsteczki siarki, te zaś stają się skondensowanym jądrem kropli deszczu. Wcześniej przyjmowano, że formowanie się chmur nad oceanem jest zjawiskiem wyłącznie fizyczno-chemicznym. Teraz wiadomo, iż poprzez tworzenie chmur Ziemia nie tylko reguluje swoja temperaturę, lecz również umożliwia powrót siarki do ziemskich ekosystemów. Teoria Gai dostarczyła również ważnej inspiracji dla teoretyków polityki, ekonomistów, humanistów, a nawet artystów i specjalistów od designu, którzy chcieli zastosować mądrość i zdolność samoregulacji naturalnego systemu do obszarów gospodarki, polityki czy sztuki. „Skoro Ziemia jest tak inteligentna i dobrze radziła sobie przez miliony lat, to może nie trzeba jej pomagać i przejmować się np. zmianami klimatu?” – można zapytać po pobieżnym zapoznaniu się z tą teorią. Odpowiedź Lovelocka jest prosta: tak, ziemia sobie poradzi, ale częścią procesów samoregulacji życia może być pozbycie się nas, ludzi. Dlatego Lovelock aktywnie włączył się w walkę o zmniejszenie emisji CO2 i przeciwdziałanie zmianom klimatu.

Limity Ziemi

Ziemia rozpatrywana jako jeden organizm jest kompleksowym systemem licznych współzależności. To przykład złożonego systemu, który – choć może zachować względną stabilność – jest podatny na nagłe i gwałtowne zmiany. Co gorsza, pozornie błahe zmiany mogą mieć niezwykle silne oddziaływanie na, wydawałoby się, luźno związane z nimi zjawiska. Stąd na przykład zanik populacji pszczół (w niektórych krajach Europy i Ameryki Północnej w ostatnich latach populacje pszczół zmniejszyły się o około 40%), który jest wiązany ze stosowaniem nawozów sztucznych w przemysłowym rolnictwie i GMO, które może poprzez brak zapylania doprowadzić do upadku rolnictwa. Dlatego Einstein powiedział, że po śmierci ostatniej pszczoły ludziom zostanie 6 lat życia. Ale to jeden z wielu przypadków, kiedy jakiś parametr może przekroczyć masę krytyczną, tzw. punkt wrzenia (tipping point), będący zarazem punktem bez drogi powrotu do stanu pierwotnego. Czasem takie drobne zmiany uruchamiają błędne koła zmian, mające poważne konsekwencje w przyszłości. Globalne ocieplenie jest przykładem tego typu zmiany, powodując, iż dwutlenek węgla przechowywany w polarnych glebach zostaje uwolniony do atmosfery, powodując dalsze ocieplenie i jeszcze większe emisje CO2.

Naukowcy wciąż próbują zidentyfikować takie czynniki, których zmiana może mieć ogromne, nieodwracalne konsekwencje. Niemniej, zgadzają się co do tego, że zabrnęliśmy w niebezpieczne rejony i zmiana podstawowych parametrów biochemicznych życia na ziemi nie posłuży nam jako gatunkowi przywykłemu do pewnej stabilności.

Koncepcję “limitów planetarnych” rozwinęli naukowcy specjalizujący się w systemie Ziemi i naukach o środowisku, pracujący pod kierownictwem Johana Rockströma z Stockholm Resilience Centre i Willa Steffena z Australian National University. Według ich badań, od czasów XVII-XVIII-wiecznej Rewolucji Przemysłowej, działania ludzi stopniowo stawały sie głównym czynnikiem zmiany środowiskowej. Naukowcy z zespołu zidentyfikowali 9 obszarów, w których możemy potencjalnie przekroczyć limity wytrzymałości Ziemi, próbując ustalić wymiary bezpiecznych dla systemu zmian. Właśnie chęć wyznaczenia pewnego bezpiecznego obszaru rozwoju cywilizacyjnego odróżnia ich podejście od naukowców nastawionych jedynie na minimalizację oddziaływania ludzi na planetę. Szczególnie w 3 spośród 9 kluczowych obszarów sytuacja jest nad wyraz krytyczna – utrata różnorodności biologicznej, zmiany klimatu, zmiany w cyklu obiegu azotu i fosforu w przyrodzie. Poza nimi, zbliżamy się jeszcze do kilku innych limitów. Ponadto, przypomnijmy sobie podstawową zasadę ekologii, mówiącą, że wszystko jest potencjalnie połączone ze wszystkim. Im bardziej zachwiana jest równowaga w jednym z parametrów, tym prościej będzie naruszyć inny limit. Przykładowo, wycinka drzew puszczy Amazońskiej (tzw. deforestacja) może zmienić warunki pogodowe, zagrażając zasobom wody na drugim końcu planety. Im lepiej zrozumiemy, które obszary stanowią tzw. punkty krytyczne, tym większa szansa, że unikniemy niebezpieczeństw mogących narastać w sposób kaskadowy.

Gaja 2.0. o tym, jak modyfikujemy system Ziemi

Ludzie stanowią część systemu Ziemi, który możemy za Lovelockiem nazwać systemem Gai, i nie są wyłączeni w żaden sposób z rządzących całością praw. System składa się z interakcji wielu procesów fizycznych, chemicznych i biologicznych. Obejmuje lądy, oceany, atmosferę i obszary polarne, a także wielkie cykle naturalne obiegu różnych ważnych dla życia pierwiastków: węgla, fosforu czy azotu, liczne niezauważalnie dla ludzkiego oka wydarzenia toczące się pod powierzchnią ziemi. W procesach regulacyjnych planety ważną rolę odgrywają żywe organizmy, np. plankton oceaniczny absorbuje CO2 z powietrza, dzięki któremu tworzy muszle, po śmierci tych drobnych organizmów ich ciała opadają na dno oceanu, gdzie węgiel przez tysiąclecia tworzył powłoki osadu, które powolnie tworzyły wapienie. W tej chwili emitujemy prawdopodobnie najwyższe ilości CO2 i metanu do atmosfery od 15 milionów lat. Jako główna siła wpływająca na procesy przyrodnicze, przebudowujemy system Ziemi bez pewności, dokąd ta zmiana ma zaprowadzić. Przyjrzymy się zaledwie kilku wybranym obszarom obrazującym różne sfery oddziaływania.

Limit nr 1: utrata bioróżnorodności 

Około 9 milionów gatunków roślin, zwierząt, grzybów i porostów zamieszkuje Ziemię (http://www.nature.com/nature/journal/v486/n7401/full/nature11148.html). Dwie dekady temu, na pierwszym Szczycie Ziemi w Rio, większość narodów świata oświadczyła, że działania człowieka były przyczyną demontażu ziemskich ekosystemów, wyeliminowania genów, gatunków i cech biologicznych w zastraszającym tempie. Ta obserwacja doprowadziła do pytania o wpływ utraty różnorodności biologicznej na funkcjonowanie ekosystemów oraz ich zdolność do zapewnienia społeczeństwu potrzebnych dóbr i usług. Uznając fundamentalne znaczenie dbałości o zachowanie dziedzictwa biologicznego planety, Zgromadzenie Ogólne ONZ uchwaliło, iż lata 2011-2020 będą Dekadą Bioróżnorodności. Z najnowszych badań amerykańskiej National Science Foundation wynika, że utrata gatunków może zmniejszyć populację roślin w podobnym stopniu jak globalne ocieplenie czy zwiększone promieniowanie ultrafioletowe powodowane przez zanik ozonu w stratosferze (http://www.nsf.gov/news/news_summ.jsp?cntn_id=124016). Badania pokazują również, że im większa bioróżnorodność tym większa produktywność gleb. W ekosystemach, w których doszło do utraty 21-40% gatunków, rośliny zmniejszyły swój rozmiar o 5-10%. Utrata bioróżnorodności wiązana jest z deforestacją i intensywnym rolnictwem chemicznym. Według szacunków naukowych, w ciągu najbliższych 20 lat przy utrzymaniu dotychczasowych konsumpcyjnych trendów może wyginąć 25% gatunków ssaków, a niektóre szacunki mówią o łącznej utracie 140 tysięcy gatunków roślinnych i zwierzęcych rocznie. Choć samo bezpowrotne odejście gatunku jest tragedią, to ma dodatkowo wpływ na żywność, wodę i klimat, a nawet zmniejsza naszą odporność na tsunami czy powodzie. W wypadku klimatu warto wrócić do Lovelocka: rośliny „oddychając” parą wodną ochładzają klimat ziemi, chroniąc nas przed efektem cieplarnianym.

Skoro pradawne lasy są głównymi skarbcami bioróżnorodności, to ich masowy wyrąb jest jedną z głównych przyczyn utraty kapitału genetycznego Ziemi. Główne przyczyny wylesiania Puszczy Amazońskiej to tworzenie nowych ludzkich osad i rozwój rolnictwa. W latach 1991-2000 obszar wycięty wzrósł z 415.000 do 587.000 km². Stanowi to 64% powierzchni Niemiec. Większość utraconego lasu jest przeznaczana na pastwiska dla bydła, które w znaczącym stopniu zwiększa globalne emisje metanu i innych gazów cieplarnianych. Podobnie sytuacja wygląda w lasach deszczowych wyspy Borneo – trzeciej największej wyspy świata, dzielonej między Indonezję, Malezję i Bruneę. Kiedyś cała wyspa była pokryta gęstymi lasami deszczowymi, z których lokalne społeczności korzystały w odpowiedzialny sposób. W połowie XX wieku intensywne plany rozwoju gospodarczego przyniosły niespotykaną na globalną skalę wycinkę, której celem było zdobycie gruntów na produkcję rolną. Szczególnie zintensyfikowano uprawę oleju palmowego, poświęcając na nią ostatnie połacie pradawnych lasów, często zresztą podlegających nielegalnemu wyrębowi. Połowa światowego drewna tropikalnego pochodzi właśnie z Borneo.

Limit nr 2: Zmiany klimatu

Zmiany klimatu są prawdopodobnie największym wyzwaniem politycznym stojącym przed rządami i obywatelami całego świata w najbliższej dekadzie. Choć klimat zmieniał się zawsze ze względu na czynniki naturalne (np. erupcje wulkanów), to w obecnych czasach dochodzi do niezwykłego przyspieszenia ze względów antropogenicznych (związanych z działalnością ludzi). Powodowane przez gospodarkę, transport i nasze codzienne działania emisje CO2, metanu i innych gazów cieplarnianych mogą doprowadzić do wielu przewidzianych i nieprzewidzianych konsekwencji, z rosnącą liczbą kataklizmów będących pochodną zachwiania optymalnych warunków dla rozwoju życia na Ziemi. Struktura emisji pokazuje globalną niesprawiedliwość, USA odpowiadają za 28% światowych emisji, mające 5 razy więcej mieszkańców Chiny za 15%, Europa za 14%, a przewyższające ją pod względem ludności Afryka i Ameryka Południowa jedynie po 4% emisji (http://www.klimatdlaziemi.pl/index.php?id=183&lng=pl). Spośród czynników antropogenicznych, w Wielkiej Brytanii 65% wiąże się ze spalaniem paliw kopalnych, 21% jest spowodowanych emisjami z transportu, a 7% z rolnictwa. Zdaniem ekspertów brytyjskiego rządu, na aż 40% emisji mają wpływ codzienne zachowania obywateli, takie jak poruszanie się, bądź nie, samochodem i samolotem czy źródło energii i ciepła wykorzystywane w gospodarstwach domowych. Omówiona wcześniej jako przyczyna zaniku bioróżnorodności deforestacja, czyli masowe karczowanie lasów, odpowiada za 20% światowych emisji CO2, będąc jedną z głównych przyczyn zmian klimatu

Co roku z powierzchni Ziemi znika obszar leśny większy niż Polska. Powszechnie wiadomo, że za znikaniem drzew stoi agrobiznes i wielkie sieci przemysłowego jedzenia fast food (ziemia na pastwiska, pola uprawne), biznes drzewny i papierniczy, biznes wydobywczy (np. poszukiwanie metali rzadkich), biznes budowlany (zwłaszcza budowa dróg i tam rzecznych). Nie chodzi o to, by rezygnować z wszelkiej działalności przemysłowej, ale dołożyć starań, aby prowadzone działania były zgodne z zasadami zrównoważonego rozwoju, szukając równowagi pomiędzy rozwojem ekonomicznym (zyski), interesami społecznymi (np. miejsca pracy, wartości kulturowe związane z lasem) i dobrem przyrody (jakość środowiska i ochrona naturalnych procesów przyrodniczych).

Powodzie. 61% ludzkiej populacji mieszka na obszarach wokół mórz i rzek, a 500 milionów ludzi mieszka na obszarze rzecznych delt. Ale budowa tam, górnictwo, nawadnianie i rosnąca nieodpowiedzialna urbanizacja są przyczyną zalewania coraz większej części tych obszarów. Urbanizacja przebiega wyjątkowo szybko na nisko położonych obszarach nadbrzeżnych. Jeżeli nie będziemy odpowiednio chronić przybrzeżnych miast od zmian klimatu, to 13% światowej populacji miejskiej może dotyczyć olbrzymie ryzyko powodziowe.

Na zmiany klimatu wpływa uzależnienie współczesnej gospodarki i rolnictwa od ropy. Wyprodukowanie 9 ton kukurydzy wymaga tysiąca litrów ropy i hektara ziemi. Oparta na paliwach kopalnych gospodarka rolna jest odpowiedzialna za poważne problemy środowiskowe, takie jak erozja gleby, zanik wód gruntowych, skażenie pestycydami. Niebezpiecznie zbliżamy się do limitów wydobycia paliw kopalnych. Dlatego państwa, które jak Niemcy wdrążają w życie plany przejścia na odnawialne źródła energii lepiej odnajdą się w nowej rzeczywistości (http://www.businessinsider.com/germany-energy-mix-2012-8).

Zwiększenie emisji CO2 jest ściśle skorelowane ze wzrostem urbanizacji w skali globalnej, awans społeczny, jaki wiązał się z zamieszkaniem w mieście przynosi zazwyczaj wzrost konsumpcji, szczególnie gdy miasta rozwijają się w sposób chaotyczny, dając prym indywidulanej komunikacji samochodowej (transport odpowiada za ok 30% emisji gazów cieplarnianych). W 1800 roku Pekin był jedynym miastem na świecie mającym ponad milion mieszkańców. W 1900 roku 16 miast przekroczyło ten magiczny próg wielkości. W 2000 roku na świecie było już 378 milionowych miast. W 2025 roku, według prognoz, będzie ich aż 600, głównie dzięki dynamicznemu rozwojowi Chin, kraju, w którego strefie nadmorskiej miasta zwiększają ilość mieszkańców o 13,9% rocznie. Globalna populacja miejska wynosi obecnie 3,5 mld osób. W 2008 roku nasza cywilizacja osiągnęła punkt przełomowy – połowa ludzi na świecie żyła w miastach. 50 lat temu w miastach mieszkała tylko jedna trzecia ludności. Sto lat temu było to zaledwie 10%. W 1962 roku Tokio stało się pierwszym megamiastem z ponad 10 milionami mieszkańców. Obecnie istnieje 19 megamiast, a największy na świecie obszar metropolitarny, Tokio-Yokohama, zamieszkuje 36.7 milionów ludzi na powierzchni 13,500km², stanowią więc obszarze większym niż powierzchnia Jamajki. W 2030 roku mieszkańcy miast mają przekroczyć barierę pięciu miliardów.

Miasta odpowiadają za 70% globalnych emisji CO2 i dlatego, w ramach inicjatywy C40, prezydenci światowych metropolii podjęli różne wspólne działania mające na celu zmniejszenie emisji. Rozwój miejskiej infrastruktury sprzyjający niskoemisyjnemu stylowi życia pozostaje głównym wyzwaniem przyszłości i obejmuje takie zagadnienia jak:

  • rozwój sprawnego transportu zbiorowego,
  • rozwój strategicznego planowania urbanistycznego – tak, aby zapewnić wysoką jakość życia i obecność terenów zielonych,
  • zwiększenie efektywności energetycznej budynków i wprowadzenie odnawialnych źródeł energii (OZE),
  • rozwój produkcji rolnej w mieście i wokół miasta – tak, aby ograniczyć emisje transportu.

Limit nr 3: Zachwianie równowagi w obiegu azotu

Za uprawę ziemi zabraliśmy się dopiero 10 tysięcy lat temu, lecz katastrofalne skutki przynosić ona zaczęła wraz z rozwojem przemysłu i przyspieszonym wzrostem populacji. Nasze farmy wielkopowierzchniowe doprowadzają do wysuszenia wodnych akwenów. W bogatych i pustynnych krajach arabskich, dzięki nowoczesnym technologiom, na użytek rolny wykorzystuje się tzw. wodę kopalną lub paleowodę, podziemne wody, które gromadzone były przez miliony lat i których odnowienie wymagałoby podobnego okresu czasu.

Poważnym problemem są stosowane w chemicznym rolnictwie sztuczne nawozy zawierające toksyczne azotany i fosforany. Nasz rząd zwleka z wdrożeniem dyrektywy azotanowej, zapobiegającej zanieczyszczeniom wód gruntowych i powierzchniowych azotanami pochodzącymi z rolnictwa m.in. poprzez ograniczenia w stosowaniu nawozów chemicznych. Komisja Europejska traci cierpliwość – od 2004 roku zrobiono niewiele i polskie ustawy nadal nie regulują wszystkich tych kwestii – i skierowała w listopadzie 2011 roku sprawę przeciwko Polsce do Trybunału Unii Europejskiej. Odchody zwierząt z wielkich ferm przemysłowych w Polsce są ogromnym zagrożeniem dla ujęć wody pitnej, dla rzek, jezior i Bałtyku. Z fermy o obsadzie 25 tys. świń wydziela się w ciągu godziny ok. 10 kg amoniaku, co powoduje wzrost jego stężenia na obszarze 600 km2. Efekt? Biologicznemu życiu Bałtyku zagrażają gwałtownie rozwijające się glony, co z kolei zwiększa obecność toksycznego siarkowodoru w wodzie. W konsekwencji na dnie naszego morza zaczyna brakować tlenu. „Dla żyjących tam zwierząt to wyrok śmierci – twierdzi Marek Kryda z Instytutu Spraw Obywatelskich – dla nas zaś miliardowe straty w turystyce, wodolecznictwie i rybołówstwie polskiego wybrzeża. Już w tej chwili zagrożone są przez fermy przemysłowe tuczu świń strefy uzdrowiskowe Kołobrzegu, Połczyna Zdrój i Gołdapi”. Zdaniem Komisji Europejskiej, Polska powinna zostać ustanowiona strefą wrażliwą na azot. Oznaczałoby to w praktyce obowiązkowe stosowanie kodeksu dobrych praktyk rolniczych i ograniczenie ilości zwierząt tucznych. Wielki agrobiznes jednak stara się zadbać o swoje interesy, nawet jeśli prowadziłoby to do katastrofy ekologicznej. Prostą alternatywą dla azotanów jest rozwój ekologicznego rolnictwa, które przyczynia się do zachowania bioróżnorodności i ochrony zasobów naturalnych, a także produkcji żywności o wysokiej jakości. Szczęśliwie liczba eko-gospodarstw w Polsce rośnie – w tej chwili mamy 24 tysięcy producentów i ponad 600 tysiecy ziem uprawnych (http://www.ijhar-s.gov.pl/raporty-i-analizy.html ).

Skoro tort nie urośnie, czas na równy podział!

Przez większość czasu swego istnienia i gospodarowania na Ziemi, ludzkość wykorzystywała zasoby przyrody, aby budować miasta i drogi, aby zapewnić żywność i obfitość potrzebnych produktów. Dodatkowo, przyroda umożliwiała absorpcję dwutlenku węgla w tempie, który był do przyjęcia dla systemu naturalnego Ziemi. Ale w połowie lat 1970-tych, przekroczyliśmy próg krytyczny: ludzkie zużycie zaczęło wyprzedzać to, co planeta może odtwarzać. W ciągu jednego roku nasza konsumpcja wymaga usług naturalnych i zasobów 1,5 planety. Metaforycznie można powiedzieć, że w ciągu 8 miesięcy konsumujemy roczny budżet naturalny zasobów odnawialnych i emisji CO2, a przez 4 pozostałe żyjemy na kredyt. Potrzebujemy więcej niż siły przyrody są nam w stanie dać – jakbyśmy stale mieli więcej wydatków niż dochodów. Aby zwrócić uwagę na ten problem, międzynarodowa sieć aktywistów ekologicznych, Global Footprint Network, ogłosiła 22 sierpnia „Dniem Przejedzenia Ziemi” (Earth Overshoot Day), który oznacza symbolicznie dzień przekroczenia rocznego limitu budżetowego.

Podkreślić w tym miejscu trzeba, że ta przekraczająca wytrzymałość Ziemi konsumpcja jest zróżnicowana i w poszczególnych regionach świata, zaleznieod rodzaju dominującego stylu życia, przyjmuje różny poziom. Gdybyśmy żyli tak, jak przeciętny Amerykanin, potrzebowalibyśmy już nie 1,5, lecz 4 planety, podczas gdy Brazylijczyk „tylko” niespełna 2. Stopa konsumpcji w Chinach jest znacznie mniejsza, lecz również powyżej limitu, wymaga w tej 1,18 planety.

W Chinach przebiega najintensywniejszy w skali całego świata rozwój gospodarczy i zwiększenie skali konsumpcji. Rozwój ten, podobnie jak w USA, jest nierówny i konsumpcyjny styl życia dotyczy przede wszystkim wielkich megamiast wschodniego wybrzeża Chin. W kraju tym dosłownie wszystkiego przybywa najszybciej: samochodów, milionerów i nielegalnych wysypisk śmieci. Elektrowni węglowych, których moc zwiększyła się z 10GW w 2002 roku do 80GW w 2006, elektrowni jądrowych, których powstaje obecnie 14, ale i urządzeń energetyki wiatrowej i słonecznej (7 z 10 największych na świecie producentów paneli słonecznych to chińskie firmy). W ślad za Chinami idą inne państwa przeżywające przyspieszony rozwój: Indie, które przekroczyły miliard mieszkańców i Brazylia. Indie, które utrzymują wskaźnik wzrostu gospodarczego na poziomie ok. 5% w skali roku, produkują około 100 milionów ton odpadów komunalnych rocznie. Jedynie znikoma ich część została poddana recyklingowi. Śmieci piętrzą się i zanieczyszczają powietrze oraz wodę. W Chinach, przez ostanie 30 lat, rocznie liczba samochodów wzrasta o 13%, dublując się co 5 lat, Indie podążają za nimi z tempem wzrostu 7% rocznie.

Nie możemy jako mieszkańcy bogatego świata odmówić kolejnym państwom wejścia na zachodnią, konsumpcyjną ścieżkę rozwoju. Ba, one nie zamierzają się już nas pytać o pozwolenie. Skoro więc Ziemia nie może rosnąć ani wzdłuż ani wszerz, pozostaje sprawiedliwy podział zasobów i ograniczenie konsumpcji w krajach konsumujących ponad stan. Potrzebą czasów wydaje się idea degrowth (postwzrostu) – ukierunkowania rozwoju społeczeństw nie na zwiększanie konsumpcji, lecz jej minimalizację przy zachowaniu podstawowych standardów jakości życia (http://www.degrowth.nethttp://postwzrost.wordpress.com/http://degrowth2050.wordpress.com ). Nie jest łatwo promować takie idee, bo politykom łatwiej pozyskać wyborców obiecując wzrost i nieliczącą się z granicami Ziemi materialną obfitość, a nie rozsądne samoograniczanie i prostotę. Często jednak przedstawiciele władz znają zrównoważone rozwiązania z krajów zachodnich, lecz potrzebują presji świadomych obywateli, by je wprowadzić – sami nie podejmą się zmian ograniczających wygodę uprzywilejowanych grup, takich jak posiadacze samochodów.

Inne aktualności

Aktualności

09/08/2023
Prezentacja do warsztatów dla nauczycieli ,,Budując mosty”
Projekt „Młodzi Przedsiębiorczy. Program rozwoju kompetencji społecznych i obywatelskich w szkołach branżowych’’ korzysta z dofinansowania o wartości 110 187,00 EUR otrzymanego od Islandii, Liechtensteinu i Norwegii w ramach Funduszy EOG....
czytaj więcej»
29/09/2022
Wyniki konkursu dziennikarskiego „Budujemy społeczeństwo otwarte”
Znamy już zwycięzców V edycji konkursu na projekt materiału dziennikarskiego pt. "Budujemy społeczeństwo otwarte", zorganizowanego w ramach programu „I am European: Historie i fakty o migracjach na XXI wiek” finansowanego...
czytaj więcej»
18/10/2021
Wielkanoc z CEO
Wiosna i odbywająca się w jej trakcie Wielkanoc, Dzień wody, Dzień lasów i dzień Ziemi to wspaniały moment na refleksję na temat środowiska naturalnego i naszego wpływu na nie. W...
czytaj więcej»

Zobacz inne obszary naszych działań

Miasta dla ludzi czy samochodów?

Idealnie równe chodniki, brak psich kup i śmieci na wygrabionej trawie, barierki do przypinania rowerów przy każdym drzewie, szybkie metro i autobusy przyjeżdżające zawsze o czasie, idealnie gładziutko równy asfalt ulic, a mimo to Berlin ma klimat! Tak niewiele i świat może być piękny.. ;)” – taki wpis na Facebooku zamieściła Marta. Berlin wywołuje pozytywne odczucia w odwiedzających to miasto, także dzięki odpowiedniej organizacji transportu publicznego i dobrej infrastrukturze rowerowej. Nawet na oficjalnej stronie miasta w informacjach dla kierowców możemy przeczytać: „Pamiętaj, że trasy rowerowe są tutaj powszechne i rowerzyści jadący prosto mają pierwszeństwo przed samochodami skręcającymi w prawo”. Ponadto, kupując jeden bilet możemy w nieskrępowany sposób przesiadać się z metra do kolei śródmiejskiej (tzw. S-Bahn), autobusu, tramwaju, a nawet promów przewożących na drugą stronę berlińskich jezior.

Transport publiczny może wydawać się banalnym, codziennym problemem, którego rozwiązanie należałoby pozostawić wąskiemu gronu fachowców. Jednakże gdy przyjrzymy się tematowi uważniej, spostrzeżemy, że tak naprawdę toczy się zażarta wojna między różnymi użytkownikami miasta o kształt transportu publicznego, a nawet szerzej o kształt i formę miasta. Jak wynika z obliczeń stowarzyszenia Zielone Mazowsze, gdyby wszyscy zatrudnieni w 30-piętrowym biurowcu dojeżdżali do pracy samochodem, parking podziemny musiałby mieć 60 pięter. Oprócz niezwykłej konsumpcji paliwa, oznacza to niesamowitą presję posiadaczy samochodów na przestrzeń miasta. Skutek? Zamiast placów zabaw, skwerów i parków kolejne parkingi. W tekście tym przyjrzymy się wybranym zagadnieniom z zakresu transportu w mieście.

Szersza perspektywa – zrównoważony transport jako cel

Według rożnych szacunków około 25-33% światowych emisji CO2 do atmosfery związanych jest z transportem. Emisje te sprzyjają zmianom klimatycznym, których skutki mogą być katastrofalne. Ponadto, złoża ropy i innych paliw kopalnych, łącznie z gazem ziemnym, są ograniczone. Wskutek dynamicznego rozwoju i motoryzacji Chin oraz innych krajów azjatyckich, globalna presja na pozostałe zasoby paliwowe jest coraz większa, z czym wiążą się wzrosty cen paliw (patrz artykuł „Przekleństwo zasobów”). Dodatkowo, indywidualna motoryzacja na szeroką skalę prowadzi do wzrostu hałasu, zanieczyszczeń i zaniku przestrzeni publicznej. Wreszcie, miasta mierzą się z problemem korków. Okazuje się, że strategia poszerzania ulic i budowania ciągle dodatkowych dróg nie rozwiązuje tego problemu, a wręcz stwarza dodatkowe zachęty do poruszania się własnymi „czterema kółkami”. Z opracowań dr Piotra Magnuszewskiego, specjalisty od myślenia systemowego, wynika, iż budowa nowych dróg prowadzi do tzw. „spirali śmierci transportu publicznego”. Zwiększenie przepustowości dróg prowadzi do tego, że kierowcy czują się bardziej komfortowo na drogach i częściej korzystają z aut, czego efektem są dodatkowe przejazdy i kilometry, które wpływają na natężenie ruchu, wzrost czasu podróży i spadek atrakcyjności transportu publicznego oraz spadek dochodu transportu miejskiego ( Kronenberg i Bergier (red.) „Wyzwania Zrównoważonego Rozwoju w Polsce”,Kraków 2010, s.269)

Miasta opanowane przez samochody przestają być przyjazne i zielone, stają się głośne. To są przykłady względów jakimi kierują się planiści miast i urzędnicy, którzy stawiają zrównoważony rozwój miasta jako cel. Tworzenie strategii zrównoważonego transportu ma wiele wymiarów. Jednym z nich jest zapewnienie efektywnego, szybkiego i taniego transportu publicznego. Tutaj znaczenie mają wszelkie udogodnienia, takie jak specjalnie wydzielone pasy dla autobusów i tramwajów, sprawna kolej śródmiejska i podmiejska czy tworzenie systemu sterowanej sygnalizacji świetlnej automatycznie dającej pierwszeństwo tramwajom. Innym rozwiązaniem jest tworzenie systemu „park and ride” w dużych miastach, budowanie parkingów rowerowych i samochodowych przy ważnych węzłach komunikacyjnych, tak, aby zmotoryzowani i rowerzyści z terenów podmiejskich lub dzielnic peryferyjnych korzystali w wygodny sposób z transportu zbiorowego w ramach miasta.

W myśleniu o mieście w krajach rozwiniętych gospodarczo zachodzą ważne zmiany. Zdaniem Newmana, do roku 1850 mieliśmy do czynienia z miastami pieszymi, przez następne sto lat z miastami transportu publicznego i od 1950 roku z miastami samochodowymi (Kronenberg i inni 2010: 266). Pokazuje to, na co przy planowaniu miasta kładziono nacisk w kontekście najważniejszej formy transportu. W USA w miastach takich jak Detroit czy Milwaukee wyburzano wręcz stare centra miast, aby stworzyć nowoczesne autostrady. W brytyjskim Birmingham, podążając za amerykańskimi trendami, by dostosowywać miasto do wygody kierowców, w latach 60. XX wieku wokół centrum miasta wybudowano miejską autostradę. Po 20 latach droga uległa zakorkowaniu, a jej obecność miała opłakane skutki dla centrum miasta – ucieczka mieszkańców, hałas, degradacja krajobrazu. Aby zaradzić problemom w latach 1990-ych, rozebrano część autostrady i przywrócono strefę pieszą w centrum (Kronenberg i inni 2010: 268). Logika epoki samochodowej jest ciągle obecna, lecz dominującą tendencją staje się tworzenie zrównoważonych miast z preferencją dla transportu publicznego, pieszych i rowerzystów, a także z naciskiem na podniesienie jakości życia. Ciągle w Polsce pojawiają się pomysły idące wbrew panującym na Zachodzie trendom, jak likwidacja tramwajów w Gliwicach, lecz możemy tez obserwować zmiany podążające w „zielonym” kierunku, np. zapewnienie preferencji dla tramwajów i autobusów poprzez bus pasy i uprzywilejowanie komunikacji publicznej w Łodzi, Warszawie czy Krakowie. Tutaj przyjrzymy się ciekawym rozwiązaniom prowadzącym do nowej wizji miast, oszczędzania energii i zmniejszania emisji CO2.

O tym jak Warszawa przestała się bać buspasów

Most Śląsko-Dąbrowski w Warszawie łączący Stare Miasto z prawobrzeżną Pragą. Oddany był do użytku w 1949 roku (Kronenberg i inni 2010, s. 292). Ze względu na centralne położenie i brak preferencji dla transportu publicznego, ulegał ciągłemu zakorkowaniu, a w czasie przejazdu przez most autobusem można było przeczytać gazetę jeśli nie długi rozdział książki. Postulat oddania pasa mostu transportowi publicznemu był przez lata kontrowany przez urzędników jako „zbyt drastyczny” – nie pomogło nawet powstanie kolejnego mostu bez szyn tramwajowych. Pas dla tramwajów pojawił się dopiero w 2007 roku, gdy wskutek remontu innej ważnej arterii – Alei Jerozolimskich, ruch tramwajowy na moście uległ podwojeniu. Ruch przebiegał sprawnie i od 2009 roku po zakończeniu remontu pas dla tramwajów został na trwale usankcjonowany, a nawet dopuszczono autobusy do poruszania się tym pasem.

Pojawienie się buspasów na Trasie Łazienkowskiej, jednej z głównych arterii komunikacyjnych Warszawy, w 2009 roku spotkało się z bardzo ostrą krytyka mediów.

W rzeczywistości pomysł bus pasów cieszył się zdecydowanym poparciem 70% mieszkańców Warszawy korzystających z transportu publicznego, lecz ostra krytyka samego pomysłu i promującej to rozwiązanie prezydent stolicy, zdawała się odzwierciedlać interesy kierowców. Użytkownicy komunikacji publicznej zwyczajnie szybciej docierali do domu i pracy, lecz media wolały uwzględnić jedynie perspektywę kierowców. „Nie dość, że miasto jest rozkopane, drogi są dziurawe jak szwajcarski ser, to jeszcze zabiera się nam jeden pas ruchu, nie dając nic w zamian – mówią chórem kierowcy” – pisał dziennikarz portalu „Nasze Miasto” w artykule „Bus Pas sparaliżował Trasę Łazienkowską” (http://warszawa.naszemiasto.pl/artykul/29239,buspas-sparalizowal-trase-lazienkowska,id,t.html). Lokalna Gazeta Wyborcza pisała o „miejskim komunikacyjnym trzęsieniu ziemi” i podobnie jak „Nasze Miasto” cytowała wyłącznie opinie kierowców i broniących się urzędników, pomijając głos 70% większości. „Jeśli samochody będą korzystać tylko z dwóch pasów Trasy Łazienkowskiej, powstaną gigantyczne korki i te wasze turboautobusy, zanim dojadą do swojego buspasa, będą stać co najmniej kilkanaście minut. Gdzie jest oszczędność czasu?” -gazeta cytowała zdenerwowanego kierowcę . Pomimo paniki, autobusy kursowały sprawnie i podróż autobusem pomiędzy dwoma dość odległymi dzielnicami – Ochotą i Pragą, skróciła się o 15 minut, co jest wielką oszczędnością czasu, biorąc pod uwagę liczbę i częstotliwość przejazdów w ciągu dnia. Istniały obawy, że Zarząd Transportu Miejskiego nie będzie przygotowany na obsłużenie dodatkowych użytkowników komunikacji publicznej, lecz zwiększono częstotliwość przejazdów zapewniając tani, szybki dojazd.

Obecnie Warszawa z 30 km buspasów ma ich znacznie mniej niż Madryt czy Berlin, które mają ponad 100 km, oprócz znacznie szerszej sieci metra (http://warszawa.gazeta.pl/warszawa/1,34889,7068387,Jak_wygladal_1__dzien_najdluzszego_buspasa.html ).

Indywidualizm czy kolektywizm?

W wypadku buspasów, media skupiały się głównie na „cierpieniu” kierowców, co może być związane z indywidualizmem polskiej kultury i wysoką rangą samochodu jako wyznacznika prestiżu społecznego. W krajach skandynawskich, Niemczech czy Holandii, gdzie jest większy kulturowy nacisk na dzielenie się zasobami, częściej w nowych blokach instaluje się wspólną pralkę dla określonej liczby mieszkańców (np. 10-20 mieszkań). Tak naprawdę nie korzystamy z pralki więcej niż 2-5 h w tygodniu i przez pozostałą resztę tygodnia sprzęt ten stoi nieużywany, jest wręcz kontra-produktywny z punktu widzenia konsumpcji energii i wartości jaką wnosi. Czy nie lepiej dzielić się pralką i użytkować ją w potrzebnym zakresie bez posiadania jej? Czy jest szansa, że kolejnemu pokoleniu Polaków dzielenie się nie będzie kojarzyć się z czasami gospodarki niedoboru realnego socjalizmu, lecz z wygodą, tańszymi kosztami i zrównoważonym rozwojem? Przyjrzyjmy się na czym polega dzielenie się w odniesieniu do transportu.

A może podzielimy się samochodem?

Choć może to brzmieć równie egzotycznie, samochód można dzielić z sąsiadami podobnie jak pompkę czy pralkę. W języku angielskim na dobre zadomowiły się terminy „car sharing”, „car pooling” (dzielenie samochodu), a w Wielkiej Brytanii powstają liczne „car clubs” – nie będące klubami miłośników motoryzacji, lecz użytkowników wspólnych samochodów. Rozwiązania te są szczególnie atrakcyjne dla osób, które nie potrzebują używać samochodu codziennie, lecz na przykład raz w tygodniu, by wybrać się na godzinę na zakupy lub by pojechać w niedzielę do lasu poza miasto.

Istnieją różne formy zrzeszeń użytkowników samochodów. Niektóre mają formy komercyjne, inne demokratycznie zarządzanych firm społecznych, spółdzielni, instytucji publicznych lub nieformalnych klubów. Systemy takie istnieją w ponad tysiącu miast świata, a pierwsze na szerszą skalę powstawały w Szwajcarii i Niemczech w latach 1987-88, choć pilotażowe projekty miały tam już miejsce w latach 60. XX w.

Carsharing to praktyka sprzyjająca odkorkowaniu miast i redukcji zanieczyszczeń, gdyż mniej samochodów jest jednocześnie w użyciu. Zastąpienie posiadania indywidualnych samochodów współdzieleniem ich, zmniejsza potrzebę tworzenia nowych parkingów. Ponadto, udział w systemie car sharing skłania ludzi do świadomego myślenia o potrzebie użycia samochodu i kalkulowania kosztów. W przypadku posiadania samochodu, wobec wysokości kosztów stałych – takich jak zakup, ubezpieczenie, naprawy samochodu, ich posiadacze są mniej świadomi kosztów każdej przejażdżki.

W ojczyźnie masowej motoryzacji, USA, w 27 programach dzielenia samochodów uczestniczy 388,089 ludzi dzielących 7,588 samochodów (tamże, stan na 1.1.2010). Organizacja Carsharing.net cytuje nawet z dumą jako swoje motto zdanie Williama Claya Forda Juniora, dyrektora firmy Ford: „Jeśli mieszkasz w mieście, wcale nie potrzebujesz posiadać samochodu”. Uczestnicząc w takim systemie, odpadają nam potężne nakłady finansowe i czasowe poświęcane na naprawy samochodu, przeglądy, ubezpieczenie, garażowanie. Samochody znacznie więcej pracują, a jako ich użytkownicy w dobrze zorganizowanych większych systemach możemy skorzystać z nich w każdej chwili jak z taksówki. Są też mniejsze systemy car share. Niektóre ograniczają się do jednego samochodu dzielonego przez kilkoro ludzi z sąsiedztwa, którym nie zależy na reklamowaniu się, by dbać o zaufanie w ramach określonej społeczności ludzi. Zwolennicy car sharing podkreślają wartość komfortu, wynikającego z korzystania z samochodu bez konieczności codziennego troszczenia się i pilnowania go. Z wyliczeń amerykańskich wynika, iż jeśli zamierzamy wyjeździć mniej niż 12 tysięcy kilometrów w ciągu roku, bardziej opłaca się korzystanie z car sharing – inne wyliczenia mówią o 6-10 tysiącach. Generalnie wszyscy są zgodni, że nie jest to rozwiązanie atrakcyjne dla ludzi, którzy dzień w dzień muszą jeździć samochodem do pracy, bo nie mają dobrego transportu publicznego. „Ratuj planetę i własny portfel!” – nawołują zwolennicy car share.

Stworzenie systemu typu car sharing znajduje się również wśród priorytetów strategii zrównoważonego transportu Krakowa. Początkiem ma być stworzenie portalu internetowego, w ramach którego będzie można skontaktować się z osobami stale pokonującymi podobne trasy do pracy, by użyczać sobie miejsc w samochodach. Podobne portale istnieją w Niemczech: kierowcy wybierający się w podróż międzymiastową czy zagranicę zgłaszają datę wyjazdu i szukają chętnych, którzy dopłacają im do paliwa. W ten sposób obie grupy mają korzyść.

Czas na rower?

Pozycja samochodu zmienia się diametralnie w zachodniej Europie, ale i również w Polsce. „Stać mnie na samochód, ale nie stać mnie na stanie w korkach” – koszulkę z takim napisem nosi coraz więcej polskich rowerzystów. W wielkich miastach coraz więcej ludzi używa roweru i nie posiada samochodu, nie ze względu na brak pieniędzy, ale wygodę i wybór, preferencje związane ze stylem życia – zdrowym, ekologicznym, miejskim. Jak pisze socjolożka i rowerzystka Joanna Erbel, „rower uniezależnia od miejskiej komunikacji, umożliwia szybkie przemieszczanie się pomiędzy nieodległymi, ale słabo skomunikowanymi punktami w mieście. Rano daje czas na spokojne zjedzenie śniadania, wydłuża spotkania na kawę. Pozwala codziennie wozić ze sobą ciężką torbę bez konieczności nadwyrężania zdrowia. Rower to również poranna dawka ruchu, dostarczająca endorfin (a przy większej ilości samochodów na ulicach również adrenaliny) pomocnych w dobrym rozpoczęciu dnia”.

Aby miasta wyszły naprzeciw potrzebom rosnącej grupy rowerzystów, rowerzyści miejscy organizują akcje zaistnienia w przestrzeni publicznej takie jak masy krytyczne – spontanicznie zwołane wspólne przejazdy przez miasto, mające pokazać innym siłę rowerowej grupy. Masy krytyczne, na przykład te organizowane w Łodzi przez fundację „Fenomen”, mają dodatkowy aspekt turystycznego odkrywania miasta, na przykład przejazdu przez miejsca związane z życiem znanego artysty, poety lub związanych z kulturą żydowską. Rowerzyści miejscy różnią się od rowerzystów turystycznych, gdyż kładą nacisk na znaczenie roweru jako środka komunikacji, a nie rekreacji. W Łodzi rowerzyści miejscy, poprzez nagłaśniane w mediach akcje czy udział w miejskich komisjach, walczą o ścieżki rowerowe łączące centrum z głównymi osiedlami miasta. Udało im się doprowadzić do zmiany w myśleniu władz miasta, które wytyczyły najpierw ścieżki prowadzące do Lasu Łagiewnickiego i terenów rekreacyjnych, ale gdyby nie poczuły presji ze strony rowerzystów prawdopodobnie na tym by poprzestały. Łódzcy rowerzyści doprowadzili do powstania posiedzeń z udziałem urzędników, rowerzystów i fachowców mających na celu wypracowanie wysokiej jakości standardów tworzenia dróg rowerowych.

Władze zachodnich miast wychodzą naprzeciw potrzebom rowerzystów. W Strasburgu, a także wybranych miastach Francji i Niemiec, rowerzyści mogą nawet jeździć wąskimi ulicami jednokierunkowymi pod prąd. Systemy rowerów miejskich do wypożyczania, często bezpłatnego lub taniego, powstają w Europie już od lat 60. XX w. Pierwszy był Amsterdam, a prawdopodobnie najlepsze rozwiązania wypracowano w Kopenhadze, gdzie zamiast opłat obowiązuje wpłata zwrotnej kaucji. W Paryżu powstał system obejmujący ponad 10 tys. rowerów i 1400 stacji wypożyczeń. Owszem, kradzieże rowerów miejskich zdarzają się wszędzie, ale są sposoby zapobiegania im, przykładowo rowery miejskie mają specjalny wygląd, taki, że nie da się sprzedać ich we wtórnym obiegu.

Podsumowanie

Warto myśleć szerzej o transporcie i mobilności mieszkańców. W tym tekście przedstawiono jedynie kilka wybranych rozwiązań. Ważnym wnioskiem jest to, że aby zmieniać miasta z podporządkowanych samochodom w kierunku ośrodków przyjaznych dla pieszych, rowerzystów i użytkowników transportu publicznego, potrzeba odwagi, zaufania, gotowości dzielenia się i wyobraźni.

Inne aktualności

Aktualności

09/08/2023
Prezentacja do warsztatów dla nauczycieli ,,Budując mosty”
Projekt „Młodzi Przedsiębiorczy. Program rozwoju kompetencji społecznych i obywatelskich w szkołach branżowych’’ korzysta z dofinansowania o wartości 110 187,00 EUR otrzymanego od Islandii, Liechtensteinu i Norwegii w ramach Funduszy EOG....
czytaj więcej»
29/09/2022
Wyniki konkursu dziennikarskiego „Budujemy społeczeństwo otwarte”
Znamy już zwycięzców V edycji konkursu na projekt materiału dziennikarskiego pt. "Budujemy społeczeństwo otwarte", zorganizowanego w ramach programu „I am European: Historie i fakty o migracjach na XXI wiek” finansowanego...
czytaj więcej»
18/10/2021
Wielkanoc z CEO
Wiosna i odbywająca się w jej trakcie Wielkanoc, Dzień wody, Dzień lasów i dzień Ziemi to wspaniały moment na refleksję na temat środowiska naturalnego i naszego wpływu na nie. W...
czytaj więcej»

Zobacz inne obszary naszych działań

Lokalna żywność

Często myślimy, że nie mamy wpływu na to, w którym kierunku pójdzie świat. W końcu w Polsce jest prawie 40 milionów ludzi, a na świecie 7 miliardów, więc ostatecznie nie ma większego znaczenia, co zrobimy, bo i tak jesteśmy tylko kroplą w morzu. Być może w skali globalnej nie ma znaczenia, czy akurat ty segregujesz śmieci, ale problem się zaczyna, gdy każdy z tych 40 milionów czy 7 miliardów pomyśli w ten sam sposób. Potencjał podejmowanych regularnie małych decyzji w skali kraju jest bowiem bardzo duży. W tym tekście skupimy się na wyborach konsumenckich.

Wystarczy pomyśleć o gazecie, która kosztuje 2 złote, co w wypadku większości mieszkańców Polski jest nieodczuwalnym wydatkiem. Jednak kupując tę gazetę codziennie w skali roku wydamy 600 zł, a w ciągu 20 lat – 12 tysięcy złotych. Jeśli zaś każdego dnia tę gazetę będzie kupować 300 tysięcy ludzi, w skali roku wydają oni 190 milionów złotych, co już jest robiącą wrażenie sumą. Kupując pewne rzeczy lub ich nie kupując, zawsze dajemy przykład pozytywny bądź negatywny innym ludziom, co zwiększa wpływ naszych decyzji na świat. Pewnym fi rmom pomagamy trwać i rozwij ać się, zaś odrzucając dany produkt, np. ze względu na niskie płace osób, które go wyprodukowały, możemy przyczynić się do zmiany polityki firmy. Celem konsumpcji jest zaspokojenie potrzeb, a nie posiadanie pewnych produktów, zaś zaspokajając potrzeby możemy opowiedzieć się za określoną wizją świata. To jest właśnie świadoma konsumpcja.

Skupimy się na jej określonym aspekcie, czyli na konsumpcji lokalnej żywności. Zastanowimy się, jakie ma znaczenie to, skąd pochodzą kupowane przez nas produkty spożywcze.

Od rolnictwa przemysłowego do rolnictwa ekologicznego

Korporacje agrochemiczne dążą do monopolizacji rynku. W wyniku tego, drobni rolnicy tracą pracę, a my tracimy możliwość kontroli nad procesem produkcji spożywanej przez nas żywności. Stajemy się też coraz bardziej zależni od międzynarodowych koncernów spożywczych, które mogą dyktować warunki pracy, ceny i kryteria jakości produktów.

Najgorzej pod tym względem wygląda sytuacja w USA, gdzie cztery korporacje kontrolują aż 80% rynku mięsa, pszenicy, kukurydzy czy soi, wytwarzając co roku 1,3 miliardów ton odpadów zwierzęcych i spryskując żywność 500 milionami ton pestycydów. Leczenie chorób spowodowanych przez żywność zanieczyszczoną pestycydami w tym kraju kosztuje ponad 100 miliardów dolarów. Między innymi na skutek niesprzyjających warunków handlowych, jakie proponują korporacje, rocznie w USA traci pracę 17 tysięcy rolników, czyli średnio jedna osoba co pół godziny.

Po II wojnie światowej postęp techniczny i możliwości rozwoju ludzkości stały się głównymi wytycznymi we wszelkich dziedzinach produkcji, także rolnej. Rolnictwo przemysłowe, w którym uprawia się warzywa i owoce oraz hoduje się zwierzęta na wielką skalę, wyparło drobne gospodarstwa. Ale takie rolnictwo wiąże się z wyjaławianiem gleby, dużym zużyciem paliwa i nawozów sztucznych, zanikiem dzikiej przyrody, zanieczyszczeniem gleby i rozprzestrzenianiemsię chorób roślin i zwierząt. Wspólna Polityka Rolna Unii Europejskiej, dzięki systemowi dotacji, doprowadziła do wzrostu produkcji rolnej, a czasem nawet do nadprodukcji. Niestety, działo się to kosztem środowiska naturalnego i jakości żywności. Dlatego też, coraz więcej jest inicjatyw, które powracają do idei rolnictwa bliższego naturze.

Co to znaczy, że żywność jest lokalna?

Kryterium jest bardzo proste: żywność lokalna, to taka, która była uprawiana i przetworzona lub wyprodukowana w twojej okolicy. Nie ma ofi cjalnej defi nicji ani ustalonej odległości, która określa obszar okoliczny. W USA, zwolennicy Diety 100 Mil (ang. 100 Miles Diet; 100 mil to około 160 km) kupują tylko produkty wytworzone i sprzedawane w odległości 160 km od ich miejsca zamieszkania. Jest to dystans, który pozwala dotrzeć nawet z centrum miasta do gospodarstwa rolnego lub rynku z naturalnymi produktami. USA to bardzo rozległy kraj, a 160 km to spora odległość. W Wielkiej Brytanii za lokalne uznaje się produkty wytworzone w promieniu 30 mil, czyli niecałych 50 km od miejsca zamieszkania kupującego.

A w twojej okolicy jak daleko trzeba jechać do najbliższej giełdy owocowo-warzywnej lub do ekologicznego gospodarstwa rolnego?

Znaczenie ma nie tylko to, jak daleko jedziemy po zakupy, ale również to, jak często jeździmy. Ważne jest, żeby przy okazji wizyty w gospodarstwie lub na rynku zrobić zakupy na cały tydzień lub dwa, albo dla dużej grupy znajomych (więcej na ten temat w kolejnych paragrafach). W ten sposób można uniknąć zbędnych emisji CO2, powstałych w wyniku spalania paliwa w samochodzie.

Locavore – osoba świadomie wybierająca żywność wyprodukowaną lokalnie, która nie musi być dowożona z odległych miejscowości.

Co to są żywnościokilometry?

Z lokalnością nieodłącznie jest związane pojecie żywnościokilometrów (ang. foodmiles), które wyrażają, jaką odległość musi przebyć dany produkt, zanim trafi na nasz talerz. Wraz z tym, jak wydłuża się łańcuch dostawców, rosną też żywnościokilometry. Nawet produkty, które mogą być lub są uprawiane w danym regionie, są czasem sprowadzane z odległych miejsc lub przebywają długą drogę zanim trafi ą na sklepową półkę. Jest to możliwe między innymi dzięki niskim cenom benzyny, jednak paliwa z czasem będzie coraz mniej, ze względu na wyczerpywanie się zasobów ropy naftowej. Oznacza to drastyczny wzrost cen żywności w momencie, kiedy powrót do produkcji lokalnej okaże się bardzo trudny.

Im więcej żywnościokilomtrów, tym więcej CO2 w atmosferze, konserwantów w żywności, hałasu i wypadków na drogach. Im ich mniej, tym świeższe jedzenie i większa możliwość sprawdzenia, skąd pochodzi dany produkt i w jakich warunkach został wytworzony. Kupując lokalne, sezonowe produkty masz szansę wesprzeć lokalne gospodarstwa rolne, które produkują żywność z troską o twoje zdrowie i środowisko naturalne. Ważne jest jednak, żeby robić zakupy u zaufanych producentów lub dostawców, bo lokalne pochodzenie to jeszcze nie wszystko.

Czy liczy się tylko lokalność produktu?

Sezonowość i świeżość

Warto wspomnieć, że duże znaczenie dla naszej zdrowej diety i przyszłości świata ma też kupowanie produktów sezonowych, czyli takich, które naturalnie rosną w danym czasie. Truskawki są bardziej charakterystyczne dla lipca niż zimnego grudnia. Kupując te owoce w czerwcu możemy mieć nadzieję, że wyrosły po prostu na polu, nie zaś w szklarni, której ogrzanie pochłania dużo energii. Jeśli chcesz dowiedzieć się, jakie produkty są naturalnie dostępne w danym sezonie, skorzystaj z internetowego kalendarza sezonowości: http://produkty-tradycyjne.pl/kalendarz.

Im świeższy jest dany produkt, tym więcej ma wartości odżywczych i tym tym mniej konserwantów. Świeże warzywa i owoce nie muszą być też przesadnie opakowywane.

Akceptowanie naturalnych niedoskonałości

Często kupując warzywa i owoce kierujemy się przede wszystkim ich estetycznym wyglądem. Niestety, wyrazisty kolor czy błyszcząca skórka nie zawsze oznaczają większą wartość odżywczą czy zdrowotną produktu dla naszego organizmu. Wręcz przeciwnie – piękny wygląd może oznaczać, że przy produkcji były wykorzystywane środki ochrony roślin i nawozy sztuczne. Owoce i warzywa, żeby przetrwać długą podróż, czasem są zbierane jeszcze zielone. Dojrzewają dopiero na statkach, w ciężarówkach i pociągach, dzięki wykorzystaniu środków chemicznych. Tak więc, z punktu widzenia naszego zdrowia, bardziej istotne są warunki hodowli niż piękny wygląd produktów.

Opakowanie

Jeśli kupujemy owoce i warzywa na giełdzie lub w gospodarstwie, możemy zapakować je do przyniesionych przez nas toreb, worków czy siatek foliowych, które wykorzystamy znowu w przyszłości. Ale produkty, które są transportowane z odległych miejsc, są często szczelnie pakowane. Styropianowe tacki, folia czy siatki, często trafi ają do śmietnika już kilka minut po naszym powrocie z zakupów. Dobrze jest unikać zbędnych opakowań, zwłaszcza tych, które będą rozkładać się przez setki lat, i pamiętać o zabraniu na zakupy własnych torbach wielokrotnego użytku.

Warunki produkcji

Warto pytać o to, w jakich warunkach były hodowane warzywa i owoce, które kupujemy. Może się bowiem okazać, że wyprodukowanie polskiego pomidora zimą, kiedy musi on rosnąć w ogrzewanej węglem szklarni, wiąże się z większą produkcją CO2, niż przywiezienie takiego owocu z Hiszpanii, gdzie rósł pod gołym niebem. Wielka Brytania z kolei zwraca się raczej ku importowi pomidorów z Islandii, niż z Hiszpanii. W Islandii pomidory rosną w szklarniach, ale te są ogrzewane naturalną i bardzo tanią energią geotermalną. Dzięki temu, towarzyszące ich produkcji emisje CO2 są znikome. Zwłaszcza, jeśli pomidor przypłynie z Islandii statkiem (lub z innych miejsc przyjedzie pociągiem), a nie zostanie przywieziony ciężarówką, gdyż transport wodny i kolejowy wiążą się ze znacznie mniejszymi emisjami CO2 niż transport drogowy.

Rolnictwo ekologiczne

Dopiero połączenie aspektu lokalności, sezonowości (lub świeżości) i warunków produkcji pozwoli nam wybrać najzdrowszego i najbardziej przyjaznego środowisku pomidora. Te kryteria składają się na defi nicję rolnictwa ekologicznego. Zorientowani ekologicznie rolnicy minimalizują ludzkie oddziaływanie na środowisko, dążąc do możliwie naturalnego funkcjonowania systemu rolniczego. Przede wszystkim stosują takie praktyki, jak pozwalający na regenerację gleb wieloletni płodozmian. Inne cechy ekorolnictwa to:

  • radykalne ograniczenie wykorzystania chemicznych środków ochrony roślin i nawozów syntetycznych, antybiotyków dla zwierząt, sztucznych dodatków do żywności,
  • całkowita rezygnacja ze stosowania organizmów zmodyfikowanych genetycznie (GMO),
  • ograniczanie zużycia ropy i zasobów poprzez gospodarowanie w oparciu o zasoby własne (np. obornik, pasze wytwarzane w gospodarstwie),
  • dobór odmian roślin oraz ras zwierząt odpornych na choroby i dobrze zaadaptowanych do lokalnych warunków,
  • troska o dobrostan zwierząt – zagwarantowanie im dostępu do wybiegów, żywienie paszami z rolnictwa ekologicznego.

Dobrą wiadomością jest to, że w Polsce jest coraz więcej certyfi kowanych producentów ekologicznych – w 2011 roku odnotowano ponad 23 tysiące ekologicznych producentów rolnych (wzrost o ok. 14%) oraz 267 przetwórni ekologicznych.1 Przybywa specjalistycznych sklepów sprzedających produkty rolnictwa ekologicznego, pojawiają się również półki z takimi produktami w supersamach „Społem” i hipermarketach.

Alternatywy

Świadomym konsumentom coraz częściej nie wystarcza tylko sklep z eko-produktami. Na dzieleniu się odpowiedzialnością i ryzykiem polega, rozwij any na świecie od ponad 30 lat, system rolnictwa wspieranego przez społeczność (Community Assisted Agriculture – CSA) oraz spółdzielni konsumenckich. W ramach takich sieci, klienci zamawiają towar naprzód, płacąc z góry, wspólnie planują, co rolnik ma zasiać lub wyhodować (w ramach spółdzielni można zamawiać również produkty mleczne, mięso, miód czy zioła). Idea pochodzi pierwotnie z Japonii, gdzie w latach 60. matki płaciły z góry za rok rolnikom, by otrzymywać zdrowe mleko. Potem podobny system rozwinął się w USA wśród konsumentów spragnionych jedzenia bez pestycydów, a w latach 80. trafi ł do Europy. We Francji do spółdzielni konsumenckich należy ponad 250 tysięcy członków i 1,6 tysiąca gospodarstw rolnych. Mieszkańcy miast płacą z góry za plony, które będą spożywać przez 6 miesięcy, ale w zamian zyskują pewność, że to, co jedzą, jest zdrowe, świeże i produkowane z troską o Ziemię. Często też, w wielu modelach spółdzielni, konsumenci w ramach części wkładu pomagają rolnikom w pracach przy gospodarstwie, zyskując bezpośredni kontakt z ziemią i naturalnymi procesami, często wspólnie obchodzą też święta.

W swoich najlepiej zorganizowanych formach, systemy spółdzielcze w Europie i Ameryce Północnej mają: wspólnie uzgodniony przez rolników i konsumentów przejrzysty budżet wytwarzania określonej liczby produktów przez cały sezon, system wspólnego i demokratycznego ustalania cen oraz wspólnie ponoszone ryzyko i wspólnie czerpane zyski (więcej informacji: http://www.urgenci.net/index.php?lang=en). Pierwsze tego typu grupy są tworzone w Polsce (np. Małopolska Grupa Ekoproducentów „Urodzaj” przy stryszowskim Ekocentrum).

W przypadku spółdzielni konsumenckich istotną rolę w obniżeniu emisji CO2 ma też transport produktów rolnych z gospodarstwa rolnego do domowego. Najlepiej jest, jeśli jednym samochodem przewożona jest znaczna ilość produktów do kilku domów. W przeciwnym razie, może się okazać, że zużywamy więcej energii, niż wymagałoby przetransportowanie tych samych zakupów na znacznie większą odległość, ale transportem zbiorczym!

Promowaniem troski o jakość żywności i przyjaznego dla środowiska, szanującego lokalne tradycje sposobu jej wytwarzania, zajmuje się rosnący ruch Slow Food (nazwa oznaczająca powolne jedzenie wskazuje, że chodzi o przeciwieństwo pełnego pośpiechu i beztroskiego podejścia do życia i jedzenia typu fast food). W ruchu tym łączą siły lokalni producenci, restauratorzy i świadomi konsumenci, chcący zdrowej oraz wykwintnej żywności.

Ci, którzy nie mają możliwości regularnego odwiedzania giełdy czy gospodarstwa, albo wolą uniknąć dodatkowych emisji CO2, mogą zainteresować się usługą dostarczania paczek lub koszy od rolników w umówione miejsce, np. do domu, sklepu czy biura. Paczki zawierają głównie sezonowe warzywa oraz owoce i są rozwożone raz lub kilka razy w miesiącu. Dzięki takiemu systemowi, odbiorca ma pewność co do jakości jedzenia, wytwórcy nie muszą obawiać się o rynek zbytu, a ceny są niższe, bo unika się płacenia różnym pośrednikom. Serwisy pomagające nawiązać kontakt z rolnikami można znaleźć w Internecie, np. na stronie http://www.paczkaodrolnika.pl.

Kolejną alternatywą są kooperatywy spożywcze, w ramach których grupa osób robi listę zakupów owocowo-warzywnych. Raz na jakiś czas (w zależności od potrzeb i ustaleń) wyznaczone osoby z kooperatywy jadą na giełdę owocowo-warzywną lub do gospodarstwa rolnego i robią zakupy u zaufanych oraz sprawdzonych dostawców. Zakupy są rozdzielane miedzy członków kooperatywy, którzy płacą za jedzenie i za zużyte paliwo. Kooperatywa pobierając od członków marżę w wysokości ok. 10 % od sprzedaży, tworzy też własny fundusz gromadzki, którym wspiera będących w potrzebie członków lub przeznacza na aktywności propagujące ekologiczny styl życia.

Można też założyć… własny ogródek. W takim wypadku mamy najpełniejszą kontrolę nad jakością systemu produkcji. Nawet mieszkańcy miast mają szansę na uprawianie własnych warzyw i owoców, dzięki rosnącemu w siłę ruchowi ogrodów komunalnych. Nieużytkowane tereny zielone są przekształcane w działki i grządki, które za darmo lub za symboliczną opłatą są oddawane do użytku chętnym osobom. O ogród należy dbać i regularnie go doglądać, bo w przeciwnym razie przejmie go ktoś inny, kto jest bardziej do tego zmotywowany.

Jeśli nie masz możliwości opiekowania się ogrodem, zasadź przynajmniej kilka rodzajów ziół w doniczce na parapecie. Wiele ekologicznych aspektów naszej konsumpcji zawiera koncepcja śladu ekologicznego, czyli liczby hektarów potrzebnych każdego roku do tego, aby utrzymać nasz styl życia – powinien on wynosić 1,8 ha rocznie, a dla mieszkańca Polski jest to średnio 4,4 ha.

Podsumowanie: dlaczego ważne jest kupowanie żywności lokalnej?

Kupowanie żywności lokalnej, zwłaszcza z ekologicznych upraw ma znaczenie na wielu płaszczyznach. Kupując lokalną żywność:

  • omijasz szereg pośredników, dzięki czemu więcej pieniędzy trafi a bezpośrednio do rolników i hodowców,
  • wspierasz rozwój swojego regionu, pomagasz istnieć na rynku drobnym rolnikom,
  • wspierasz niezależność swojego regionu od globalnego rynku produktów spożywczych, który jest kontrolowany przez nieliczne, ale potężne koncerny międzynarodowe,
  • masz możliwość kontroli warunków produkcji żywności,
  • możesz kupować świeże produkty, które mają więcej wartości odżywczych i nie są zabezpieczane konserwantami,
  • zmniejszasz ilość żywnościokilometrów na twoim talerzu i przyczyniasz się do obniżenia emisji CO2 związanych z transportem żywności,
  • w przypadku produkcji mięsa, zwierzęta nie muszą być transportowane w ciężkich warunkach, a konsument ma możliwość sprawdzenia, w jakich warunkach są hodowane.

Jeśli kupujesz lokalną żywność z gospodarstw ekologicznych, dodatkowo wspierasz rolnictwo, które jest przyjazne środowisku naturalnemu i naszemu zdrowiu.

1 http://www.ij har-s.gov.pl/news/items/wstepne-dane-dotyczace-rolnictwa-ekologicznego-w-polsce-w-2011-roku.html – data ostatniej wizyty: 12.12.2012 r.

Inne aktualności

Aktualności

09/08/2023
Prezentacja do warsztatów dla nauczycieli ,,Budując mosty”
Projekt „Młodzi Przedsiębiorczy. Program rozwoju kompetencji społecznych i obywatelskich w szkołach branżowych’’ korzysta z dofinansowania o wartości 110 187,00 EUR otrzymanego od Islandii, Liechtensteinu i Norwegii w ramach Funduszy EOG....
czytaj więcej»
29/09/2022
Wyniki konkursu dziennikarskiego „Budujemy społeczeństwo otwarte”
Znamy już zwycięzców V edycji konkursu na projekt materiału dziennikarskiego pt. "Budujemy społeczeństwo otwarte", zorganizowanego w ramach programu „I am European: Historie i fakty o migracjach na XXI wiek” finansowanego...
czytaj więcej»
18/10/2021
Wielkanoc z CEO
Wiosna i odbywająca się w jej trakcie Wielkanoc, Dzień wody, Dzień lasów i dzień Ziemi to wspaniały moment na refleksję na temat środowiska naturalnego i naszego wpływu na nie. W...
czytaj więcej»

Zobacz inne obszary naszych działań